✠ VII Piesza Pielgrzymka Tradycji – 3 października 2026.  Dołącz do nas
Nauki pielgrzymkowe · Anno Domini 2020

Konferencje pielgrzymkowe

ks. dr Kamil Mielniczuk

Kazania i konferencje wygłoszone podczas I Pieszej Pielgrzymki Tradycji do Sanktuarium Matki Bożej Kębelskiej w Wąwolnicy – 3 października 2020.

CZĘŚĆ PIERWSZA · Cała piękna jesteś, Maryjo

„Cała piękna jesteś, Maryjo, i zmazy pierworodnej nie ma w Tobie. Tyś chwałą Jeruzalem, Tyś weselem Izraela, Tyś chlubą ludu naszego. Alleluja”.

Te słowa od wieków rozbrzmiewają w Kościele. Śpiewamy je ku czci Najświętszej Maryi Panny, powtarzamy w liturgii, w pieśniach i w nabożeństwach. W Godzinkach o Niepokalanym Poczęciu mówimy o Niej językiem zachwytu. Także w opisach objawień maryjnych – w Fatimie, La Salette, Lourdes czy Gietrzwałdzie – powraca określenie: piękna Pani. Warto więc zadać sobie pytanie, o co właściwie chodzi, gdy nazywamy Maryję piękną. Czy jedynie o to, że komuś się spodobała? Czy może słowo „piękna” jest tylko poetyckim symbolem? Ani jedno, ani drugie nie wyczerpuje prawdy.

Dzisiaj piękno często sprowadza się do estetyki i do osobistego gustu. Mówimy: to mi się podoba, a tamto mi się nie podoba; jeden człowiek zachwyca się takim stylem, drugi zupełnie innym. Można więc odnieść wrażenie, że piękno jest wyłącznie czymś subiektywnym. Tymczasem w chrześcijańskim rozumieniu piękno nie jest tylko kaprysem smaku. Jest czymś rzeczywistym, związanym z prawdą, dobrem, porządkiem i doskonałością.

Już na pierwszych kartach Księgi Rodzaju czytamy: „A Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre”. W językach oryginalnych to określenie „dobre” znaczy „piękne”: stworzenie jest dobre, harmonijne, właściwie uporządkowane, godne zachwytu. Nie bez powodu filozofowie i teologowie pisali całe traktaty o pięknie. Ktoś mógłby zapytać: po co poświęcać temu tyle uwagi? Właśnie dlatego, że piękno jest terminem głęboko religijnym. Ono mówi nam coś o Bogu i prowadzi ku Niemu.

Święty Tomasz wskazuje na doskonałość, harmonię i blask. Piękne jest to, co ma należną pełnię, czego części pozostają we właściwych proporcjach i co roztacza blask, który potrafi człowieka zatrzymać, zachwycić, a nawet – mówiąc obrazowo – powalić na kolana. Piękno jest dobre, pociąga do kochania i wzbudza radość z oglądania. Nie tylko informuje rozum, ale porusza całego człowieka.

Dlatego właśnie przez piękno możemy w pewnej mierze poznawać Pana Boga. Bóg jest piękny, ponieważ jest doskonały. Nie ma w Nim żadnego braku. Jest pełnią, zupełnością, doskonałą harmonią i niewyczerpanym blaskiem. Gdy ujrzymy Go w pełni w niebie, będziemy Nim zachwyceni i będziemy odczuwać radość z przebywania z takim Pięknem. A ponieważ Pan Bóg jest nieskończony, jest też nieskończenie piękny. Z tego powodu radość nieba będzie nieskończona, wieczna i nigdy nie zmaleje. Nie przyzwyczaimy się do Boga tak, jak można przyzwyczaić się do rzeczy ziemskich. Jego piękno zawsze będzie nowe, zawsze pełne, zawsze uszczęśliwiające.

Wszystko więc, co jest naprawdę piękne, w pewien sposób kieruje nasze myśli ku Bogu. Im więcej prawdziwego piękna, tym wyraźniej zostaje nam przypomniana obecność Stwórcy. Piękny krajobraz, szlachetna muzyka, harmonijna architektura, godna liturgia, czyste ludzkie serce – każde z nich może stać się jak promień prowadzący ku Źródłu wszelkiego piękna.

Skoro tak jest, rozumiemy, dlaczego Najświętsza Maryja Panna musiała być piękna. Spośród wszystkich ludzi była najdoskonalsza. Została zachowana od zmazy grzechu pierworodnego, a w całym swoim życiu pozostała wolna od grzechu uczynkowego. W Niej odblask Boga, którym jest piękno, był widoczny w sposób najpełniejszy, jaki może zaistnieć w stworzeniu.

Czy Maryja była piękna fizycznie? Możemy odpowiedzieć: na pewno. I nie chodzi tylko o piękno odpowiadające chwilowej modzie albo indywidualnemu gustowi. Jej zewnętrzna postać pozostawała w harmonii z wewnętrzną świętością. Jednak zatrzymanie się jedynie na wyglądzie zewnętrznym byłoby wielkim zubożeniem. Maryja była piękna przede wszystkim wewnętrznie i duchowo. Była doskonała pod względem cnót. Jej dusza i Jej natura ludzka, nieskażona grzechem pierworodnym, posiadały niezwykłą harmonię. Rozum, wola, uczucia i ciało pozostawały w ładzie podporządkowanym Bogu. Dlatego podczas objawień ukazuje się jako piękna Pani roztaczająca blask. Zewnętrzne piękno jest tam znakiem niewypowiedzianej piękności duszy.

Na tym tle jeszcze wyraźniej dostrzegamy problem współczesnej kultury. Jest ona często hałaśliwa, wulgarna i niespokojna. Brakuje w niej doskonałości, czystości, harmonii i proporcji. Człowiek jest nieustannie atakowany krzykiem, chaosem, brzydotą i tym, co celowo szokuje. Co więcej, niektórzy chcieliby przenieść ten sam sposób myślenia do Kościoła: wprowadzać do świątyń bezkrytycznie współczesną sztukę, muzykę i formy, które nie prowadzą do skupienia, ale powtarzają zamęt świata.

Wtedy pojawiają się pytania: po co kościoły mają być tak wielkie? Po co ma być w nich tak pięknie? Czy nie wystarczyłoby wszystko uprościć, zbudować najtaniej, sprawować kult możliwie krótko i praktycznie? Czy takie podejście rzeczywiście pomogłoby człowiekowi? Czy odebranie biednemu piękna uczyni go bogatszym? Czy pozbawienie wiernych wspaniałości kultu przybliży ich do Boga?

Kardynał Joseph Ratzinger w „Raporcie o stanie wiary” przywołał bardzo wymowną historię:

„Anglikanie w Nowym Jorku postanowili wstrzymać prace przy budowie nowej katedry. Stwierdzili, że jest ona zbyt wystawna i przez tę wystawność jest prawie obelgą dla ludzi, toteż zdecydowano się rozdać pieniądze zebrane już na budowę. I właśnie biedni ludzie odmówili przyjęcia pieniędzy i zmusili do ponownego podjęcia prac. Nie podzielali bowiem opinii władz, które chciały ograniczyć piękno i wspaniałość kultu w imię zaspokojenia szarych potrzeb codzienności”.

Ta opowieść pokazuje, że człowiek potrzebuje nie tylko chleba dla ciała. Potrzebuje także znaków, które podnoszą go ponad codzienność i przypominają, że jest stworzony dla nieba. Świątynia nie jest luksusem przeznaczonym dla bogatych. Jest domem Boga i wspólnym skarbem ludu. Biedny człowiek może nie mieć pałacu, ale ma prawo wejść do kościoła, w którym piękno mówi mu, że istnieje świat większy niż jego troski i że również on został powołany do królewskiej godności dziecka Bożego.

Papież Franciszek powiedział: „Kościół ewangelizuje i daje się ewangelizować przez piękno liturgii, która jest także celebrowaniem ewangelizacyjnej działalności”. Piękno zatem nie jest dodatkiem do wiary. Ono katechizuje i ewangelizuje. Czasem człowiek nie potrafi jeszcze wyjaśnić dogmatów, ale widzi klęczący lud, słyszy śpiew, patrzy na światło świec, na ołtarz i na szaty liturgiczne – i zaczyna rozumieć, że tutaj dzieje się coś świętego. Msza Święta ma być przedsionkiem nieba. Nie jesteśmy w stanie ukazać całego piękna niebieskiego, ale powinniśmy przynajmniej próbować dawać jego przedsmak.

Tak rozumiał to święty Franciszek z Asyżu. Jego osobiste umiłowanie ubóstwa nie prowadziło do lekceważenia rzeczy przeznaczonych dla Boga. Przeciwnie, mówił: „Kielichy, korporały, ozdoby ołtarza i wszystko, co służy do Ofiary, niech będą kosztowne”. Co innego ubóstwo człowieka, a co innego cześć należna Panu Bogu. Święty może sam żyć skromnie, lecz dla Eucharystii pragnie tego, co najgodniejsze.

Podobną prawdę wyraża opowieść o świętym Józefie z Kupertynu. W 1639 roku, na polecenie Świętego Oficjum, został on odosobniony w klasztorze w Asyżu. Pierwszego dnia pobytu, przy grobie świętego Franciszka, zapytał w duchu Ojca Serafickiego: „Jak to się dzieje, że ty, który za życia tak bardzo umiłowałeś ubóstwo, przebywasz tu pośród takiego bogactwa?”. I usłyszał odpowiedź: „Zaszczyty i ozdoby wszystkie przeznaczone są dla Eucharystii na ołtarzu, ja pozostaję pod ziemią, w ciemnościach i pozbawiony zbytku”. Nie chodzi więc o próżność ani o pokazanie ludzkiego bogactwa. Chodzi o oddanie Bogu tego, co najlepsze, i o uznanie, że Najświętsza Ofiara zasługuje na największą cześć.

Co z tego wynika dla nas? Przede wszystkim nie możemy uciekać od piękna. Łatwo przyzwyczaić się do hasła: „szybka Msza”, „krótkie nabożeństwo”, „byle zdążyć”. Tymczasem powinniśmy szukać piękna, cieszyć się Mszą śpiewaną i uroczystą, cieszyć się nabożeństwami, procesjami i świętami. Jeżeli chcemy, aby wiara była jak najprostsza w znaczeniu: jak najuboższa, jak najkrótsza i jak najmniej wymagająca, wówczas skrócimy nie tylko modlitwy, ale także naszą więź z Bogiem. Miłość potrzebuje czasu, uwagi i znaków.

Piękno powinno przenikać nasze codzienne życie. Dotyczy ono ubioru, zwłaszcza ubioru do kościoła. Sposób, w jaki przychodzimy na Mszę Świętą, może być świadectwem wiary albo znakiem obojętności. Nie chodzi o kosztowne stroje, ale o godność, czystość, skromność i świadomość, przed Kim stajemy. Piękno może pojawić się również przy niedzielnym obiedzie: w nakrytym stole, w spokojnej rozmowie, w szacunku dla dnia Pańskiego. Powinno być obecne w domu – w porządku, w religijnych obrazach, w trosce o to, aby mieszkanie nie było miejscem chaosu, lecz pokojem, w którym łatwiej pamiętać o Bogu.

Piękne ma być także nasze zachowanie: sposób mówienia, odnoszenia się do starszych, cierpliwość, kultura, powściągliwość i szacunek. Najważniejsze jednak jest piękno wewnętrzne. Można mieć piękny dom i eleganckie ubranie, a nosić w sercu gniew, pychę i nieczystość. Maryja uczy nas, że prawdziwy blask wypływa ze świętości. Dlatego wezwanie tej konferencji jest proste i wymagające zarazem: bądźmy piękni. Zachwyćmy się pięknem. Chciejmy tego piękna – w liturgii, w domu, w zachowaniu i przede wszystkim w duszy. Pozwólmy, aby wszystko, co w nas dobre, harmonijne i czyste, prowadziło nas oraz innych ku Bogu, który jest nieskończonym Pięknem.

CZĘŚĆ DRUGA · Najświętsza Maryja Panna – wzór prawdziwej pobożności

Najświętsza Maryja Panna jest dla nas wzorem nie tylko poszczególnych cnót, lecz także prawdziwej pobożności. Wiele mówi się o pobożności, ale często rozumie się ją powierzchownie. Jedni utożsamiają ją z silnymi uczuciami podczas modlitwy, inni z dużą liczbą nabożeństw, jeszcze inni z przynależnością do wielu grup. Tymczasem pobożność ma znaczenie głębsze i bardziej wymagające.

Pobożność jest gotowością do czynienia tego, co należy do czci i służby Bożej. Nie wystarcza jedynie spełniać to, czego Bóg wymaga, tak jak pracownik wykonuje polecenie z niechęcią albo z obawy przed karą. Człowiek pobożny wypełnia wolę Bożą ochotnie i z miłości. Dlatego można powiedzieć, że pobożność jest udoskonaleniem miłości: sprawia, iż służba Bogu nie jest ciężarem narzuconym z zewnątrz, lecz odpowiedzią serca.

Pobożność ma swoje miejsce zarówno w woli, jak i w sercu. Wola postanawia służyć Bogu wiernie, a serce uczy się kochać to, co wola wybiera. Trzeba jednak zachować właściwy porządek. Są dusze, które łatwo rozczulają się na modlitwie, wzruszają się pieśnią, obrazem lub słowem, a jednocześnie nie wypełniają przykazań. Potrafią długo przebywać w kościele, zapisywać się do wielu grup i podejmować liczne praktyki, lecz zaniedbują obowiązki stanu, przebaczenie, uczciwość albo czystość. Mylnie sądzą, że sama intensywność przeżyć stanowi pobożność.

Praktyki religijne są potrzebne i dobre. Mogą być objawami pobożności, ale nie stanowią jeszcze jej istoty. Istotą jest chętne i wierne spełnianie woli Bożej. Można bowiem być rozmiłowanym w praktykach, a pozostawać pysznym, zazdrosnym, samolubnym i złośliwym. Taka dusza lubi własne wzruszenia, lecz nie pozwala, aby modlitwa przemieniła jej życie. Prawdziwa pobożność poznaje się po owocach: po posłuszeństwie Bogu, po wierności, cierpliwości, miłości bliźniego i gorliwym wykonywaniu obowiązków.

Właśnie dlatego Maryja jest najdoskonalszym wzorem pobożności. Ona z radością spełniała wszystko, co należało do czci i służby Bożej. Najwierniej zachowywała wszystkie przykazania. Najpilniej wykonywała wszystkie obowiązki. Nie szukała nadzwyczajności dla niej samej. Jej świętość rozwijała się w codziennym posłuszeństwie: w Nazarecie, w drodze do Betlejem, na wygnaniu w Egipcie, w zwyczajnej pracy, w trosce o Pana Jezusa i świętego Józefa. A gdy przyszły próby, cierpienia i bóle, znosiła je w zjednoczeniu z wolą Bożą.

Szczególnym miejscem, w którym widzimy pobożność Maryi, jest Jej stosunek do Tajemnicy Ołtarza. Najświętsza Maryja Panna najdoskonalej uczciła Eucharystię. Nie było Jej w Wieczerniku w chwili ustanowienia Najświętszego Sakramentu – przynajmniej Ewangelia nie umieszcza Jej wśród Apostołów – ale stała pod Krzyżem. A Msza Święta uobecnia tę samą Ofiarę, która dokonała się na Kalwarii. Dlatego, gdy uczestniczymy we Mszy, możemy wyobrażać sobie, że stoimy z Maryją pod Krzyżem. Ona uczy nas, jak patrzeć na Ofiarę Syna, jak milczeć, jak współcierpieć i jak adorować.

Maryja wierzyła najdoskonalej. Jej wiara w Syna nie zachwiała się nawet w godzinie Męki. Tę samą postawę wiary przypomina objawienie Anioła Eucharystii w Fatimie. Anioł ukazał dzieciom Hostię i kielich, a sam upadł na kolana. W ten sposób przeciwstawił się błędom i ukazał, że doktryna katolicka o Eucharystii jest prawdziwa i domaga się adoracji. Modlił się słowami: „Ofiaruję Ci Przenajdroższe Ciało, Krew, Duszę i Bóstwo Pana naszego Jezusa Chrystusa, obecnego na wszystkich ołtarzach świata…”.

Ta modlitwa brzmi jak powtórzenie nauczania Katechizmu Rzymskiego i dogmatycznej formuły Soboru Trydenckiego. Wyraża prawdziwą obecność Pana naszego Jezusa Chrystusa w Najświętszym Sakramencie: obecność Jego Ciała, Krwi, Duszy i Bóstwa. Nie mamy więc przed sobą jedynie symbolu, pamiątki albo religijnego znaku. Na ołtarzu obecny jest sam Pan.

Anioł pada na kolana. Krew spływa do kielicha. Nie jest to tylko „radosne spotkanie”, rozumiane w sposób lekki i pozbawiony wymiaru ofiary. Msza Święta jest Ofiarą Pana naszego Jezusa Chrystusa na Krzyżu, rzeczywiście obecną i odnawianą sakramentalnie na ołtarzu. Powinniśmy uklęknąć przed Hostią razem z aniołem i dziećmi fatimskimi, aby adorować święte rany Pana Jezusa, Jego ogromne cierpienie i śmierć poniesioną dla zbawienia grzeszników. Tak adorowała Maryja pod Krzyżem i tak uczy adorować nas.

Po Zesłaniu Ducha Świętego Maryja czciła Najświętszy Sakrament w rodzącym się Kościele. Z tego płynie dla nas pierwsze bardzo praktyczne wezwanie: adoruj często. Nie ograniczaj swojej relacji z Eucharystią wyłącznie do obowiązkowej obecności w niedzielę. Przychodź przed tabernakulum, zatrzymaj się choćby na chwilę, uklęknij, popatrz w milczeniu i powiedz Panu Jezusowi, że wierzysz w Jego obecność.

Tradycja pobożna przedstawia Maryję jako codziennie przyjmującą Komunię Świętą. Dla nas z tego wypływa kolejne wezwanie: przyjmuj Pana Jezusa, gdy jesteś w stanie łaski i możesz przystąpić godnie do Stołu Pańskiego. Ucz się jednak czci od Maryi. Niech Komunia nie stanie się przyzwyczajeniem ani ruchem wykonywanym bezmyślnie. Pomyśl, z jaką wiarą Matka przyjmowała Ciało swojego Syna; jak przygotowywała serce i jak dziękowała.

Po Komunii Świętej wielu świętych pozostawało na długim dziękczynieniu, niekiedy przez całe godziny. Nie każdy może uczynić tak samo, ale czy naprawdę nie możemy ofiarować Panu Jezusowi choćby piętnastu minut? Właśnie wtedy jest On sakramentalnie obecny w naszej duszy. To nie jest czas na natychmiastowe rozglądanie się, rozmowy czy pośpiech. To czas szczególnego zjednoczenia.

Przypomina o tym również znana historia św. Filipa Nereusza, który po udzieleniu Komunii zauważył osobę wychodzącą natychmiast z kościoła. Posłał za nią dwóch ministrantów z lichtarzami. Gdy zdziwiona wróciła, wyjaśnił, że uczynił tak dlatego, iż po przyjęciu Komunii była żywą monstrancją. Ta opowieść ma nam uświadomić godność chwili i obowiązek dziękczynienia. Skoro przed Hostią w monstrancji płoną świece, to serce człowieka, który przyjął Pana, również powinno płonąć wiarą i miłością.

Maryjność i Eucharystia mają także ogromną siłę apostolską. Maryja odnawia wiarę. Tam, gdzie istnieje zdrowa maryjność, zwykle rodzi się głębsza wiara; tam zaś, gdzie pojawia się niechęć do Najświętszej Maryi Panny, z czasem często słabnie także wiara w inne prawdy objawione. Maryja prowadzi do pobożności eucharystycznej. Z kolei tam, gdzie istnieje miłość do Mszy Świętej i Najświętszego Sakramentu, wiara zapuszcza głębokie korzenie. Te dwa punkty – miłość do Maryi oraz miłość do Eucharystii – wszędzie nawracają dusze.

Widzimy również zjawisko odwrotne. Brak maryjności na Zachodzie często idzie w parze z zanikiem adoracji. Gdy usuwa się Matkę, łatwiej traci się poczucie realnej obecności Syna. Gdy zanika klękanie przed Najświętszym Sakramentem, słabnie świadomość ofiary, grzechu i potrzeby nawrócenia. Dlatego apostolat maryjny i eucharystyczny nie są zajęciem pobocznym. Dotykają samego serca wiary.

Wymownym świadkiem tej prawdy jest ojciec Augustyn Maria od Najświętszego Sakramentu, wcześniej Herman Cohen, żyjący w XIX wieku. Zanim odkrył Chrystusa, szukał szczęścia w świecie. Jego własne słowa brzmią jak wyznanie człowieka, który przeszedł przez wszystkie obietnice doczesności i zobaczył ich pustkę:

„Przebiegłem ten świat, zobaczyłem świat, widziałem świat! I tylko jednego nauczyłem się w świecie: nie można w nim znaleźć szczęścia. Szczęście! Aby je znaleźć, przebyłem miasta i królestwa (…). Szukałem w bogactwie, w podnieceniu grą, w pomysłach literatury romantycznej, w przygodach życia, w zaspokojeniu nieumiarkowanej ambicji. Szukałem szczęścia w sławie artysty, w towarzystwie znanych ludzi, we wszelkich przyjemnościach zmysłów i ducha. Wreszcie szukałem w wierności przyjaciół – mój Boże, gdzież ja nie szukałem! (…) Posłuchajcie! Znalazłem to szczęście! Posiadłem je. Z mojego serca przelewa się radość. Na czym polega szczęście? Tylko sam Bóg może ukoić tęsknotę ludzkiego serca. Maryja ofiarowała mi tajemnicę Eucharystii. I poznałem: Eucharystia jest życiem, jest szczęściem! Nie mam już żadnej innej matki niż Matka Pięknej Miłości, Matka Eucharystii. To Ona podarowała mi Eucharystię – i Ona skradła mi serce. Wiecie, dlaczego zostaje się mnichem? Żeby oddać tę zapoznaną miłość!”

To świadectwo streszcza drogę wielu nawróconych. Świat obiecuje szczęście w bogactwie, sławie, wrażeniach, przyjemności i ludzkim uznaniu. Człowiek próbuje jednego po drugim, lecz serce pozostaje niespokojne. Dopiero Pan Bóg może ukoić jego tęsknotę. Herman Cohen mówi, że Maryja ofiarowała mu tajemnicę Eucharystii. Matka Pięknej Miłości stała się dla niego Matką Eucharystii i poprowadziła go do zapoznanej, niedocenianej Miłości obecnej na ołtarzu.

Niech zatem miłość do Najświętszego Sakramentu i Najświętszej Maryi Panny stanie się sercem naszej pobożności. Nie może to być jednak pobożność wyłącznie uczuciowa i zewnętrzna. Najpierw ma zamieszkać w woli: w szczerym pragnieniu doskonałego wypełniania woli Bożej, zachowywania przykazań, wykonywania obowiązków i znoszenia prób. Dopiero potem niech objawia się na zewnątrz w adoracji, Komunii Świętej, dziękczynieniu, Różańcu, pieśni i nabożeństwach. Gdy zewnętrzne praktyki wyrastają z wiernej woli, stają się prawdziwym kwiatem miłości.

CZĘŚĆ TRZECIA · Modlitwa „Anioł Pański”

Łacina

V. Angelus Domini nuntiavit Mariae.
R. Et concepit de Spiritu Sancto.
Ave, Maria, gratia plena…
V. Ecce ancilla Domini,
R. Fiat mihi secundum verbum tuum.
Ave, Maria, gratia plena…
V. Et Verbum caro factum est,
R. Et habitavit in nobis.
Ave, Maria, gratia plena…
V. Ora pro nobis, sancta Dei Genetrix,
R. Ut digni efficiamur promissionibus Christi.
V. Oremus. Gratiam tuam, quaesumus, Domine, mentibus nostris infunde; ut qui, Angelo nuntiante, Christi Filii tui incarnationem cognovimus, per passionem eius et crucem ad resurrectionis gloriam perducamur. Per eundem Christum Dominum nostrum.
R. Amen.
Amen.
V. Benedic, Domine, nos et haec tua dona, quae de tua largitate sumus sumpturi. Per Christum Dominum nostrum.
R. Amen.
V. Agimus tibi gratias, omnipotens Deus, pro universis beneficiis tuis: Qui vivis et regnas in saecula saeculorum.
R. Amen.

Język polski

Anioł Pański zwiastował Pannie Maryi.
I poczęła z Ducha Świętego.
Zdrowaś Maryjo…
Oto ja Służebnica Pańska.
Niech mi się stanie według słowa twego.
Zdrowaś Maryjo…
A Słowo Ciałem się stało.
I mieszkało między nami.
Zdrowaś Maryjo…
Módl się za nami święta Boża Rodzicielko,
Abyśmy się stali godnymi obietnic Chrystusowych.
Módlmy się. Łaskę Twoją prosimy Cię, Panie, racz wlać w serca nasze, abyśmy, którzy przez Zwiastowanie anielskie Wcielenie Chrystusa, Syna Twojego, poznali, przez mękę Jego i krzyż do chwały zmartwychwstania zostali doprowadzeni. Przez Chrystusa, Pana naszego.
Modlitwy przy posiłku
Przed posiłkiem:
Po posiłku:
Piętnastominutowe rozważanie – Zwiastowanie
Ostatnimi dniami na dworze mieliśmy mocny powiew wiosny: zrobiło się ciepło, jasno i radośnie – aż chce się żyć. Przyjście wiosny zawsze dodaje człowiekowi energii. Wychodzimy z ponurej zimy, dni stają się dłuższe, przyroda nabiera życia. Dzisiaj przeżywamy również swoistą wiosenną uroczystość. Można powiedzieć, że jest to „kościelny pierwszy dzień wiosny”: uroczystość Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny, nazywana niegdyś także świętem Matki Bożej Ożywiającej.
W polskiej tradycji ludowej Maryję tego dnia nazywano również Matką Boską Roztworą, ponieważ budziła, czyli roztwierała ziemię; Matką Boską Zagrzewną, bo – jak mówiono – nakazywała słońcu świecić jaśniej; wreszcie Matką Boską Strumieniową, ponieważ na rzekach i strumieniach puszczały lody. Wiosna wypiera zimę, słońce zwycięża ciemność, życie pokonuje śmierć. Dobro tryumfuje nad śmiercią i bezwładem. Ta wiosna nie dotyczy jednak tylko przyrody. Zasadniczą treścią dzisiejszego dnia jest wydarzenie o wiele większe: rozpoczyna się zwycięstwo Boga nad szatanem, życia nad śmiercią oraz dobra nad złem i grzechem.
W tym dniu Syn Boży staje się człowiekiem w łonie Najświętszej Maryi Panny. Rozpoczynają się wyjątkowe dzieje zbawienia. Od Maryi, od Jej spotkania z Aniołem, zaczyna się Odkupienie świata. Matka Najświętsza świeci nam jak gwiazda i wskazuje drogę do swojego Syna. Jest najdoskonalszym stworzeniem, wzorem dla każdego z nas i najlepszą pomocą w drodze do zbawienia.
Nie bez powodu mówi się, że nie ma pobożności bez maryjności. Potwierdza to pozdrowienie Anioła: „Bądź pozdrowiona, łaski pełna”. Maryja jest rzeczywiście wypełniona wszelkimi łaskami Boga. Dlatego od wieków jest tak czczona w Kościele, a szczególnie w naszym kraju. Polska wiara przez pokolenia uczyła się trzymać Matki Bożej, zwracać się do Niej w chwilach radości i niebezpieczeństwa oraz widzieć w Niej najpewniejszą Przewodniczkę do Chrystusa.
Wierzymy, że święci w niebie mogą modlić się za nami do Boga. Jak szczególnie miłe muszą być Chrystusowi modlitwy Jego Matki, stojącej tak blisko Niego! Sami dobrze wiemy, że najłatwiej przekonać nas do czegoś wtedy, gdy sprawę przedstawia osoba wyjątkowo bliska sercu. A kto może być bliższy niż matka? Gdybyśmy mieli zanieść swoją prośbę do kogoś bardzo ważnego, zapewne bylibyśmy zestresowani i nie bardzo wiedzielibyśmy, jak sformułować myśli, aby dobrze wyrazić to, o co nam chodzi. Co innego, gdyby poszedł z nami ktoś, kto idealnie przedstawi nasze prośby.
Można powiedzieć, że Maryja bierze nas pod rękę, prowadzi do swojego Syna i w najwspanialszy sposób przedstawia to, z czym przychodzimy. Co więcej, sama osobiście i gorąco prosi Chrystusa o wysłuchanie tej sprawy. Na świecie, przy załatwianiu ludzkich spraw, nikt z nas nie znajdzie takiego pomocnika, takiego adwokata ani kogokolwiek, kto tak bardzo angażowałby się w nasze dobro. Na szczęście w sprawach wyższych mamy takie wsparcie w osobie Maryi.
Niepokalana pragnie nam pomagać i czeka na nasze prośby. Ona potrzebuje naszych modlitw i naszych różańców, aby ratować świat z grzechu – nie dlatego, że sama czegoś nie może bez nas uczynić, lecz dlatego, że Pan Bóg pragnie włączyć naszą modlitwę i ofiarę w dzieło nawrócenia. Nasza cześć wobec Maryi nie powinna przejawiać się jedynie w prośbach. Powinniśmy także Ją wysławiać, dziękować za Jej opiekę i rozważać Jej cnoty.
Gdy czcimy Maryję, nigdy nie przysłaniamy Chrystusa. Przeciwnie, czcząc Ją, możemy jeszcze bardziej uczcić Pana Jezusa. Maryja jest jak zwierciadło: nie zasłania, ale wyostrza obraz i pozwala lepiej widzieć Chrystusa. Droga do Zbawiciela prowadzi przez Maryję. Dlatego maryjność jest tak ważna i dlatego wiara w narodzie polskim była przez wieki tak silna – bo trzymaliśmy się Maryi.
Pan Bóg dał Ją nam jako wzór wszystkich cnót, które umiłował. Bóg jest najwyższym Dobrem, ale gdy słyszymy: „Bądźmy jak Pan Bóg”, może brzmieć to dla nas abstrakcyjnie, odlegle, niemal niemożliwie. Tymczasem Maryja jest człowiekiem jak my. Patrzymy na Nią i widzimy realny przykład cnót, widzimy to, co Pan Bóg szczególnie kocha. Już w samej scenie Zwiastowania dostrzegamy Jej skromność, cichość, pokorę, czystość i całkowite poddanie się Bogu. Maryja jest najlepszą nauczycielką świętości.
W naszych parafiach istnieje coś, co regularnie przypomina scenę z dzisiejszej Ewangelii, czyli przyjście Anioła do Matki Bożej. Często to widzimy, a jeszcze częściej słyszymy. Znajduje się wysoko, na dzwonnicy. Dzwony trzy razy dziennie wzywają nas na modlitwę „Anioł Pański”, która jest streszczeniem dzisiejszej Ewangelii. Odzywają się także w chwilach pogrzebu, abyśmy za duszę zmarłego odmówili słowa, które Archanioł Gabriel wypowiedział do Maryi: „Zdrowaś Maryjo”.
O tym, co Anioł mówił z Matką Najświętszą, i o tym, co wtedy się dokonało, przypominają nam dzwony, gdy trzy razy dziennie wzywają na „Anioł Pański”. Są one jednak również smutnym wyrzutem. Wszyscy zostaliśmy stworzeni przez Pana Boga z miłości. Naszym jedynym celem w życiu jest Go poznać, kochać, a dzięki dobremu życiu wejść kiedyś do szczęścia w niebie. To jest cel i sens naszego życia.
A co robią dzwony? Trzy razy dziennie przypominają: „Poświęć chociaż dwie minuty dla Boga”. Mamy dwadzieścia cztery godziny w ciągu dnia, a dzwony niejako żebrzą o kilka minut dla Boga. Proszą, abyśmy sami siebie ratowali. Sensem naszego istnienia na ziemi jest zdobycie nieba. I wcale nie chodzi o to, aby każdy poświęcał Panu Bogu jakieś nadzwyczajne modlitwy czy kilkanaście godzin dziennie w kościele. Wszyscy święci podkreślali, że najważniejszy jest pacierz – regularność i wytrwałość. Jeżeli chcemy być katolikami, mieć podstawową wiarę, trzymać się Boga i rozpocząć prawdziwe życie duchowe, musimy zawalczyć o codzienny pacierz. Bez tego nic nie pójdzie do przodu.
Zobaczmy najpierw, że nasze dzwony odzywają się rano. Słońce wzeszło, a my obudziliśmy się ze snu. Ilu jednak się nie obudziło? Ilu nie miało już okazji naprawić swoich błędów, żałować za grzechy i wyspowiadać się? Ilu śmierć zabrała w nocy z grzechem ciężkim na sumieniu? Ilu obudziło się w piekle? Nam Pan Bóg dał dar kolejnego dnia, w którym możemy naprawiać zło, pokutować i wykonywać dobre uczynki. Otrzymaliśmy kolejny dzień pracy nad własnym zbawieniem.
Poranny dzwon jest jak kazanie mówiące, że życie jest wspaniałym darem, ale zarazem jest kruche i niesie wiele niebezpieczeństw. Dlatego zginamy kolana i modlimy się o poranku. Powierzamy Panu Bogu cały dzień, prosimy, aby się nami opiekował, błogosławił w pracy i chronił od grzechu. Zaczynamy dzień z Bogiem. Dobrze wiemy, że poranny pacierz bywa najtrudniejszy, ponieważ człowiek żyje szybko i od rana wpada w wir zajęć. To nas jednak nie zwalnia. Pacierz można odmówić w drodze do pracy. W wyjątkowej sytuacji można go skrócić nawet do samego znaku krzyża, byleby tylko nie rozpoczynać dnia tak, jakby Boga nie było.
Następnie przychodzi południe i dzwony ponownie wzywają na „Anioł Pański”. Człowiek pracował, trudził się, jest zmęczony, potrzebuje odpocząć i się pożywić. Jak jednak zasiąść do stołu, nie wezwawszy wcześniej Tego, który daje nam pokarm? Zanika nie tylko zwyczaj odmawiania „Anioł Pański”, ale także modlitwa przed posiłkiem. W naszej ojczyźnie ginie zwyczaj dziękowania Bogu za chleb, którego przecież wcale nie musieliśmy mieć. Modlitwa przed jedzeniem uczy pokory: przypomina, że nawet jeśli człowiek zapracował na posiłek, zdrowie, siły, ziemię i wszelkie dobra otrzymał ostatecznie od Boga.
Wieczorem dzwony odzywają się po raz ostatni. Praca całego dnia jest skończona, człowiek zmęczony idzie odpocząć. Wtedy jednak, na zakończenie dnia, kolana powinny się zgiąć. Niech Pan Bóg usłyszy modlitwę, która będzie naszym „dziękuję” za cały dzień, naszym „przepraszam” za wszystkie grzechy i zaniedbania oraz naszym „proszę” o dobrą i spokojną noc, o opiekę Matki Najświętszej i o kolejny błogosławiony dzień.
Każdego dnia człowiek żyje, pracuje, trudzi się, cierpi, ale także się cieszy. To zwyczajne życie. Jeżeli jednak znajduje się w nim miejsce na codzienne, krótkie pacierze, wówczas całe życie – praca, trudy, cierpienia i radości – staje się modlitwą i zostaje poświęcone Bogu. Potem przychodzi niedziela, a ukoronowaniem takiego chrześcijańskiego tygodnia jest Msza Święta. Można powiedzieć, że jestem katolikiem dbającym o zbawienie i trzymającym się Boga wtedy, gdy w moim życiu jest codzienna modlitwa, cotygodniowa Msza Święta i regularna spowiedź.
Matka Najświętsza jest Tą, której Pan nasz Jezus Chrystus dał szczególny dar nawracania ludzkich serc. Ona poprzez codzienną modlitwę „Anioł Pański” będzie troszczyć się, aby nasze serca mocno trzymały się Boga. Trzeba jednak, aby ta modlitwa rzeczywiście pojawiła się w naszym życiu. Niech dźwięk dzwonu nie przechodzi obok nas bez odpowiedzi. Gdy rano, w południe i wieczorem usłyszymy jego głos, zatrzymajmy się choćby na chwilę i wróćmy pamięcią do chwili, w której Słowo stało się Ciałem. Amen.

CZĘŚĆ CZWARTA · Najświętsza Maryja Panna – Królowa i Pocieszycielka dusz czyśćcowych

Możemy powiedzieć, że jesteśmy szczęściarzami, ponieważ należymy do czcicieli Najświętszej Maryi Panny. Na ziemi jest Ona – po Bogu w Trójcy Jedynym – naszą wielką radością. Jej imię budzi ufność, Jej obraz przypomina o macierzyńskiej opiece, a modlitwa do Niej przynosi pociechę. Jednak znaczenie tej opieki nie kończy się wraz z naszym ziemskim życiem.

Po śmierci ustaje pomoc wielu ludzi. Kończy się opieka rodziny, przyjaciół, lekarzy i wszystkich, którzy mogli towarzyszyć nam na ziemi. Właśnie wtedy opieka, wsparcie, pomoc i miłość Maryi nie zanikają, lecz niejako jeszcze bardziej się rozwijają. Ona jest obroną na straszliwym Sądzie Ostatecznym, jest weselem i radością w niebie. Maryja, która króluje w niebie i na ziemi, króluje także nad jeszcze jednym miejscem: nad czyśćcem.

Wiemy z nauki Kościoła, że do czyśćca trafiają dusze tych, którzy umierają w przyjaźni z Bogiem, lecz potrzebują oczyszczenia z grzechów lekkich albo z nieodpokutowanych kar doczesnych. Czyściec jest miejscem i stanem oczyszczenia. Dusze nie są tam potępione. Są pewne zbawienia, ale nie mogą jeszcze oglądać Boga twarzą w twarz, ponieważ nic nieczystego nie wejdzie do nieba.

Tradycja mówi o ogniu czyśćcowym. Jaki dokładnie jest ten ogień – pozostaje dla nas tajemnicą. Nie powinniśmy udawać, że wiemy więcej, niż zostało objawione. Wiemy jednak, że czyściec jest miejscem ogromnego cierpienia i tęsknoty. Najboleśniejsze jest pragnienie Boga. Dusza wie już, że tylko On jest jej szczęściem, i cierpi, ponieważ nie może jeszcze wejść do pełnej komunii z Nim. Do tego dochodzi oczyszczenie ze wszystkich nieuporządkowań pozostawionych przez grzech.

Z drugiej strony Pan Bóg miłuje te dusze. Są Jego przyjaciółmi i przyszłymi mieszkańcami nieba. Chociaż sprawiedliwie muszą odcierpieć to, co pozostało do oczyszczenia, Bóg daje im pomoce i ulgi. Pozwala, aby ludzie na ziemi pomagali im swoimi modlitwami, odpustami i ofiarowanymi Mszami Świętymi. To niezwykłe: możemy uczynić coś realnego dla tych, którzy sami nie mogą już zasługiwać i zmieniać swojego losu.

Bóg pozwala także, aby Najświętsza Maryja Panna niosła duszom czyśćcowym pomoc i pociechę oraz wraz ze wszystkimi świętymi modliła się za nie. Jej macierzyństwo nie kończy się na progu śmierci. Skoro była Matką uczniów Chrystusa na ziemi, jest również Matką tych, którzy oczekują ostatecznego oczyszczenia.

W objawieniach świętej Brygidy Maryja mówi o swojej pomocy dla czyśćca. Według tych przekazów swoją modlitwą wyprasza skrócenie i złagodzenie kar dusz. Padają tam słowa: „Ja jestem Matką Bożą i Matką tych, którzy są w czyśćcu; stąd wszystkie kary, jakie za grzechy swoje mają oni do odpokutowania, na moją prośbę w każdej chwili bywają w jakiś sposób złagodzone”.

Maryja posyła również aniołów, aby nieśli ulgę i pociechę duszom. Inne zdanie przypisywane tym objawieniom brzmi: „Dusze zatrzymane w czyśćcu, usłyszawszy tylko moje imię, takiej doznają pociechy, jak gdyby ciężko choremu oznajmiano uzdrowienie”. Samo imię Matki przypomina im, że nie są opuszczone i że nadchodzi dzień pełnego wejścia do nieba.

Kościół wielokrotnie potwierdzał znaczenie maryjnej pomocy dla dusz czyśćcowych, między innymi przez aprobowanie i odnawianie przywileju związanego z wizją papieża Jana XXII. Niezależnie od sposobu rozumienia prywatnych objawień pozostaje pewna prawda zasadnicza: Maryja modli się za członków Kościoła, a dusze czyśćcowe należą do Kościoła cierpiącego. Możemy więc z ufnością powierzać je Jej macierzyńskiej opiece.

Co mamy zrobić, aby sami doświadczyć tej pomocy? Po pierwsze, służyć Maryi wiernie. Nie chodzi tylko o chwilowe wzruszenie, lecz o życie pod Jej opieką: o Różaniec, naśladowanie Jej cnót, noszenie znaków pobożności z wiarą, zachowywanie czystości i posłuszeństwo Jej Synowi. Kto w życiu trzyma się Matki, może ufać, że Ona nie opuści go w chwili śmierci i oczyszczenia.

Po drugie, powinniśmy ratować dusze czyśćcowe. Miłość do zmarłych nie może ograniczać się do wspomnień, kwiatów i zapalonych zniczy. Największym darem jest modlitwa. Możemy odmawiać za nich pacierz, Różaniec, Koronkę, „Wieczny odpoczynek” i inne modlitwy zatwierdzone przez Kościół. Każda szczera prośba ma wartość, ponieważ zostaje złożona w ręce miłosiernego Boga.

Możemy ofiarować za dusze czyśćcowe własne trudy i cierpienia, a także dobre uczynki. Choroba, zmęczenie, niewygoda podróży, codzienna praca, cierpliwie zniesiona przykrość – wszystko to można świadomie oddać Bogu w intencji zmarłych. Wówczas coś, co samo w sobie byłoby tylko ciężarem, zostaje przemienione w akt miłości.

Szczególną pomocą są odpusty. Kościół otwiera skarbiec zasług Chrystusa i świętych, aby wierni mogli uzyskiwać odpusty również za zmarłych. W dniach od pierwszego do ósmego listopada można zyskiwać odpust za nawiedzenie cmentarza i modlitwę za zmarłych, przy spełnieniu zwykłych warunków. Nie traktujmy tego jak formalności. Jest to realna możliwość niesienia ulgi duszom, które być może czekają właśnie na naszą pomoc.

Możemy także przyjąć Komunię Świętą w intencji zmarłego. Największą jednak pomocą pozostaje Ofiara Mszy Świętej. Msza nie jest jedynie wspomnieniem ani piękną ceremonią. Jest uobecnieniem Ofiary Krzyża. Gdy kapłan składa ją za duszę zmarłego, zostaje ona objęta nieskończoną wartością Ofiary Pana naszego Jezusa Chrystusa.

Nie powinniśmy pamiętać o duszach czyśćcowych tylko raz w roku. Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych i listopad są szczególnym czasem, lecz miłość nie ma kalendarza ograniczonego do jednego dnia. Dobrą praktyką może być comiesięczna Msza Święta za zmarłych, na przykład w wybrany poniedziałek. Taka stałość uczy odpowiedzialności za Kościół cierpiący i sprawia, że pamięć o śmierci staje się częścią życia duchowego.

Święta Maria Magdalena de’ Pazzi widziała w wizji łódź napełnioną sługami Maryi. Sama Najświętsza Panna trzymała w ręku ster i tak wprawnie kierowała łodzią, że bezpiecznie przybiła do przystani niebieskiej. Obraz jest bardzo prosty: morze oznacza niebezpieczeństwa życia, łódź – opiekę Maryi, ster – Jej mądre prowadzenie, a port – niebo.

Wejdźmy i my do łodzi Maryi. Służmy Jej wiernie, powierzajmy Jej godzinę naszej śmierci, módlmy się za dusze czyśćcowe i pomagajmy im przez odpusty, Komunię Świętą oraz Ofiarę Mszy. Wtedy, gdy nadejdzie dla nas czas oczyszczenia i przejścia, możemy ufać, że Matka nie zapomni o tych, którzy na ziemi pamiętali o Jej cierpiących dzieciach.

CZĘŚĆ PIĄTA · Niepokalana – drabina do Serca Pana Jezusa

Stajemy przed Panem naszym Jezusem Chrystusem, przed Jego Najświętszym Sercem i przed Jego miłością. W piętnastym rozdziale Ewangelii według świętego Jana, w wersetach 12–17 (J 15, 12–17), słyszymy słowa: „To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem”. Pan Jezus mówi, że nas wybrał, że nas kocha i że wzywa nas do miłości. Nie jesteśmy dla Niego przypadkowymi ludźmi. Zostaliśmy powołani, aby przynosić owoc i dojść do nieba.

Można powiedzieć, że Pan stawia przed nami drabinę prowadzącą do nieba – drabinę pobożności i świętości. Trzeba po niej wchodzić stopień po stopniu. Niestety wielu ludzi z tej drabiny spada. Jedną z przyczyn jest pycha, która nie chce przyjąć prostych środków ustanowionych lub pobłogosławionych przez Boga.

Istnieje szczególna choroba duszy, którą można nazwać „oświeconą” pobożnością pysznego wyznawcy. Taki człowiek uważa, że jest już wystarczająco wykształcony, aby odrzucić wartość prostych praktyk pobożnych. „Oświecony” katolik jest oczytany w nowoczesnej prasie, zna modne opinie i darzy własne zdolności intelektualne największym szacunkiem. Jest przekonany, że posiada otwarty umysł.

Z tej pozycji zaczyna lekceważyć proste nabożeństwa: odmawianie Różańca, nabożeństwa maryjne, noszenie medalika czy szkaplerza. Uważa je za zbyt łatwe, przeznaczone dla ludzi niewykształconych albo wręcz za rodzaj zabobonu. Własny intelekt stawia wyżej niż te – jak mówi – „proste praktyki”. Niekiedy twierdzi nawet, że pobożność maryjna jest pogaństwem albo tylko naturalną, ludową religijnością.

Trzeba zadać sobie uczciwe pytanie: czy również my nie nosimy w sobie tej choroby duszy i umysłu? Czy nie wstydzimy się różańca, medalika, szkaplerza, pielgrzymki, klękania i prostego wezwania: „Maryjo, ratuj mnie”? Czy nie chcielibyśmy być bardziej „nowocześni” niż święci? Pycha potrafi wmówić człowiekowi, że prostota wiary jest niedojrzałością, podczas gdy często właśnie proste środki najskuteczniej chronią duszę.

Najświętsza Maryja Panna jest najbardziej szczególnym stworzeniem, wyróżnionym przez Boga, pełnym świętości i cnót. To właśnie przeciwko Niej kieruje się bunt szatana. Wrogość wobec Maryi pojawia się także w buncie heretyków. Ostatecznie jest to brak wiary w to, jak wiele Pan Bóg może zdziałać w swoim stworzeniu. Kto nie chce uznać wielkości Maryi, ten często nie tyle broni wielkości Boga, ile ogranicza Jego moc: jak gdyby Bóg nie mógł uczynić człowieka pełnym łaski, zachować go od grzechu i uczynić szczególnym narzędziem zbawienia.

Kim zatem jest Maryja? Czy tylko pomocą? Czy jedynie ładnym przykładem? Czy pobożność do Niej jest jedną z wielu równorzędnych możliwości, które można przyjąć albo odrzucić bez żadnej straty? Papież Pius XII podkreślał, że pobożność maryjna „jest podstawowym składnikiem życia chrześcijańskiego”. To mocne stwierdzenie. Nie chodzi o dekorację wiary, ale o jej normalny i żywy składnik.

Pius XII przestrzegał również: „Nie pozwalajcie (…), aby cześć Bogurodzicy Dziewicy, która zdaniem świętych jest oznaką «predestynacji», była tak mało ceniona zwłaszcza przez młodzież, iżby zwolna stygła i zamierała (…)”. Cześć Maryi bywa nazywana oznaką predestynacji, czyli znakiem nadziei na zbawienie. Nie oznacza to magicznej gwarancji bez nawrócenia, lecz wskazuje, że prawdziwe przywiązanie do Matki prowadzi do Syna, do sakramentów i do życia w łasce.

Święty Alfons Liguori i wielu innych świętych uważali cześć maryjną za moralnie konieczną do zbawienia. Należy to rozumieć właściwie: pośrednictwo łask Najświętszej Maryi Panny i wynikająca z niego pobożność wiernych ku Niej stanowią normalną drogę zbawienia ustanowioną przez Boga – drogę najłatwiejszą, najkrótszą, najbardziej pewną i najdoskonalszą. Pan Bóg oczywiście pozostaje jedynym źródłem łaski, a Pan Jezus jedynym Odkupicielem. Zechciał jednak, abyśmy przychodzili do Niego przez Matkę.

Maryja pozwala pełniej kochać Pana Jezusa. Im bardziej się Jej oddajemy, tym bardziej i śmielej idziemy do Jej Syna. Dziecko prowadzone przez matkę nie boi się wejść do domu ojca. Podobnie dusza, która powierza się Niepokalanej, uczy się ufności, czystości intencji i całkowitego oddania Chrystusowi.

Święty Maksymilian Kolbe mówił: „Można powiedzieć, że kto mówi «wola Niepokalanej», to pod pewnym względem czci więcej Pana Boga, niż jeśli mówi «wola Boża»”. Zdanie może początkowo zaskakiwać, dlatego trzeba je dobrze wyjaśnić. Gdy mówimy „wola Boża”, wyrażamy, że jest ona najmądrzejsza, najczystsza, najdoskonalsza i zawsze godna posłuszeństwa. Gdy jednak mówimy „wola Niepokalanej”, uwielbiamy również dzieło Boga, który stworzył takie stworzenie, które nigdy od Jego woli się nie uchyliło.

Wola Maryi nie jest konkurencją dla woli Bożej. Jest jej doskonałym echem w stworzeniu. Niepokalana nie pragnie niczego poza tym, czego pragnie Bóg. Dlatego oddanie się Jej nie oznacza odejścia od Boga, lecz wybranie przewodniczki, która bezbłędnie prowadzi do Jego woli.

Jak wypełniać wolę Niepokalanej? Przede wszystkim należy Ją naśladować: w cnotach, w sposobie życia, w pokorze, czystości, posłuszeństwie, cierpliwości i miłości. Trzeba przyjąć nauczanie Jej Syna, na którego Maryja nieustannie wskazuje. W Kanie Galilejskiej mówi: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”. Cała Jej misja polega na prowadzeniu do posłuszeństwa Chrystusowi.

Wolę Niepokalanej wypełniamy również przez pobożność maryjną. Różaniec, szkaplerz, medalik, nabożeństwa, święta, pielgrzymki i akty oddania nie są celem samym w sobie. Są sposobami pozostawania przy Matce, słuchania Jej i uczenia się życia z Jezusem. Benedykt XV pisał: „Jest u wiernych najsilniejsze przekonanie poparte długim doświadczeniem, że nikt z tych, którzy obierają Najświętszą Maryję Pannę za opiekunkę, nie zginie na wieki”.

Święty Maksymilian używał obrazu drabiny. Niepokalana jest drabiną, po której idziemy do Przenajświętszego Serca Jezusowego. Kto usuwa drabinę, nie wejdzie do góry, lecz runie na ziemię. Nie oznacza to, że Maryja zastępuje Pana Jezusa. Przeciwnie, cała Jej wielkość polega na tym, że prowadzi do Jego Serca. Dlatego nie odrzucajmy drabiny ofiarowanej nam przez Boga. Wchodźmy po niej z prostotą, ufnością i wytrwałością.

Kazanie na Mszy Świętej

Trwa walka. Nasze życie jest walką o zbawienie, o wierność i o wytrwanie przy Panu naszym Jezusie Chrystusie. Chrześcijaństwo nie jest spokojnym przejściem przez życie bez prób. Każdego dnia spotykamy pokusy, zniechęcenie, słabość, wpływ świata i własne nieuporządkowane pragnienia. Walka trwa aż do ostatniej chwili.

Ostateczne wytrwanie jest całkowicie darem Bożym. Po ludzku nie można go sobie wysłużyć tak, jak wysługuje się zapłatę za wykonaną pracę. Nikt nie może powiedzieć: już tyle zrobiłem, że na pewno wytrwam do końca. Człowiek pozostaje słaby, a łaska wytrwania zależy od Boga. Można ją jednak wyprosić przez modlitwę.

Wielu świętych i teologów, wśród nich święty Maksymilian Kolbe, mówiło, że wszystkie łaski, których Pan Bóg nam udziela, spływają na nas przez ręce Maryi. Skoro tak, za Jej pośrednictwem możemy spodziewać się także największej łaski – łaski ostatecznego wytrwania. Matka nie tylko pomaga rozpocząć drogę, ale chce doprowadzić swoje dzieci do końca.

Łaskę tę otrzymamy z wielką ufnością, jeśli będziemy wytrwale prosić Najświętszą Maryję Pannę, szczególnie w czasie pokus. Pokusa jest momentem decyzji. Wtedy często nie ma czasu na długie rozważania. Trzeba natychmiast uciec się do Niepokalanej: wypowiedzieć Jej imię, odmówić „Zdrowaś Maryjo”, chwycić różaniec, spojrzeć na medalik i prosić: „Matko, nie pozwól mi obrazić Twojego Syna”.

Święty Filip Nereusz mówił do tych, którymi kierował duchowo: „Dzieci moje, jeśli pragniecie wytrwać, miejcie nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny”. Nie mówił jedynie o sentymencie, ale o trwałej praktyce. Nabożeństwo tworzy święty nawyk zwracania się do Matki. Dzięki temu w chwili pokusy dusza nie pozostaje sama.

Można powiedzieć bardzo mocno: gdyby każdy człowiek w pokusach uciekał się do Niepokalanej, zdecydowana większość dusz, które idą na potępienie, weszłaby do nieba. Upadek często dokonuje się dlatego, że człowiek próbuje walczyć sam, zwleka z modlitwą, pozwala pokusie rosnąć i dopiero po grzechu przypomina sobie o Bogu. Maryja uczy natychmiastowego wołania o pomoc.

Pan Bóg dał nam Maryję jako wielką pomoc w walce o zbawienie. Dlatego praktykujmy wszelkie zdrowe nabożeństwa do Najświętszej Maryi Panny. Odmawiajmy Różaniec, nośmy z wiarą medalik lub szkaplerz, obchodźmy Jej święta, uczmy się Jej cnót i powierzajmy Jej codzienne sprawy. Nie lekceważmy prostych środków, ponieważ właśnie przez nie Pan Bóg często udziela największych łask.

Prośmy Maryję przy codziennym pacierzu o wytrwanie w łasce uświęcającej. Niech ta prośba stanie się stałą częścią porannej i wieczornej modlitwy. Nie wystarczy prosić o zdrowie, pracę, powodzenie i rozwiązanie doczesnych problemów. Najważniejszą sprawą jest umrzeć w przyjaźni z Bogiem.

Szczególnie prośmy o łaskę wytrwałości wtedy, gdy przychodzą pokusy do grzechu. Nie czekajmy, aż staną się silne. W pierwszej chwili zwróćmy się do Matki. Ona otrzymała od Boga zadanie miażdżenia głowy węża i prowadzenia dzieci do Serca Pana Jezusa. Trzymając się Jej dłoni, walczmy, powstawajmy po upadkach i idźmy naprzód, aż wejdziemy do portu zbawienia. Amen.

Zakończenie

Wszystkie pięć części łączy jedna myśl: Najświętsza Maryja Panna prowadzi człowieka do Boga przez piękno, prawdziwą pobożność, codzienną modlitwę, miłość do Eucharystii, pamięć o zmarłych oraz wytrwałą walkę o zbawienie. Niech pielgrzymka nie skończy się wraz z powrotem do domu. Niech jej owocem będzie piękniejsza liturgia, wierniejszy pacierz, częstsza adoracja, troska o dusze czyśćcowe i mocniejsze uchwycenie dłoni Niepokalanej.

Relacja i galeria z I pielgrzymki Wszystkie edycje