Trzy drogi życia duchowego
ks. dr Kamil Mielniczuk
Kazania i konferencje wygłoszone podczas III Pieszej Pielgrzymki Tradycji do Sanktuarium Matki Bożej Kębelskiej w Wąwolnicy – 1 października 2022.
KAZANIE
„We mnie łaska wszelkiej drogi i prawdy, we mnie cała nadzieja życia i cnoty” (Syr).
W całym świecie nie ma stworzenia, którego Pan Bóg tak bardzo by kochał i które tak bardzo chciałby wywyższyć jak Najświętszą Maryję Pannę. On jest Panem wszystkiego. Wszystko, co istnieje, należy do Niego i od Niego pochodzi. Mógł więc dać Maryi wszystko, co tylko chciał: wszelką władzę, ziemskie trony, zaszczyty, sławę i bogactwa. Mógł sprawić, aby już za ziemskiego życia otaczał Ją splendor, aby królowie oddawali Jej pokłon, a ludzie podziwiali Jej wielkość. Warto zatem zapytać: czym rzeczywiście Pan Bóg uczcił swoją Matkę i co uznał za najcenniejszy dar dla Tej, którą wybrał spośród wszystkich niewiast?
Co Pan Bóg dał Najświętszej Maryi Pannie?
Czy dał Jej wielkość i sławę na ziemi? Nie. Za życia pozostawała niemal nieznana, należała do ludzi niskiego stanu i nie zajmowała żadnego miejsca, które świat uważałby za znaczące. Czy dał Jej wielkie bogactwa? Również nie. Żyła bardzo skromnie wraz ze Świętą Rodziną, znała trud codzienności, pracę, ubóstwo i troskę o zwyczajne potrzeby domu. Nie posiadała tego, za czym świat biegnie i co świat tak łatwo uznaje za znak powodzenia.
Jak więc Pan Bóg Ją uczcił? Stworzył Ją Niepokalanie Poczętą. Zachował Ją od grzechu pierworodnego, a później od najlżejszego nawet grzechu powszedniego. Przed Maryją niejako zamknął skarbiec ziemski, lecz szeroko otworzył skarbiec niebieski. Nie dał Jej tego, co błyszczy tylko przez chwilę, lecz dał pełnię łaski. Nie obdarzył Jej przemijającą chwałą ludzi, lecz szczególną bliskością Boga. W ten sposób pokazał nam, że w Jego oczach jedynym prawdziwym dobrem, o które warto zabiegać ponad wszystko, jest łaska uświęcająca.
To właśnie łaska uświęcająca stanowi o wielkości Najświętszej Maryi Panny. Jej godność jest tak wielka, że św. Anzelm mógł powiedzieć:
„Większy świat mógłby Pan Bóg stworzyć i większe niebo, ale większej matki, jak jest Matka Boża, nie mógł uczynić”.
Słowa te nie oznaczają, że Maryja jest równa Bogu. Oznaczają natomiast, że w porządku stworzenia została wyniesiona najwyżej, ponieważ otrzymała największą pełnię łaski i najdoskonalej na nią odpowiedziała. Jej wielkość nie polega przede wszystkim na tym, co posiadała na ziemi, lecz na tym, kim była wobec Boga: Niepokalaną, pełną łaski, całkowicie należącą do Niego.
Czego szukają ludzie?
Tak samo my wszyscy powinniśmy cenić łaskę uświęcającą. Powinna ona być dla nas największym skarbem, którego strzeżemy bardziej niż zdrowia, majątku, pozycji czy dobrej opinii. Czy jednak rzeczywiście tak jest? Niestety, Pan Bóg jest dziś tak często zapomniany i wzgardzony. Wielu ludzi żyje tak, jakby Boga nie było, jakby Jego łaska nic nie znaczyła, a zbawienie było sprawą odległą i niewartą codziennego wysiłku.
Czego ludzie dzisiaj szukają? Czy szukają Boga i Jego łask? Najczęściej nie. Szukają wygody, rozkoszy, majątku, dobrej pracy, rozrywki, przyjemności, uznania i spokojnego życia. Same w sobie nie wszystkie te rzeczy muszą być złe, ale stają się niebezpieczne, kiedy zajmują miejsce Boga i kiedy dla nich człowiek gotów jest poświęcić własną duszę. Szuka się więc tego, co w godzinie śmierci i tak trzeba będzie zostawić. Żaden człowiek nie zabierze ze sobą pieniędzy, stanowiska, domu, samochodu, chwil przyjemności ani ludzkich pochwał. Zabierze tylko stan swojej duszy.
Wielkie targowisko świata
Możemy wyobrazić sobie świat jako wielkie targowisko, na którym wszystkie namiętności rozkładają swoje stoiska. Każda z nich zachwala swój towar i obiecuje szczęście. Pycha sprzedaje ludzką chwałę, chciwość bogactwo, nieczystość chwilę zmysłowej rozkoszy, gniew słodką zemstę, lenistwo wygodę, a łakomstwo natychmiastowe zaspokojenie. Człowiek przechodzi między tymi stoiskami i ciągle słyszy: „Weź to, a będziesz szczęśliwy”. Cena jest jednak ukryta. Tą ceną bywa łaska uświęcająca, przyjaźń z Bogiem i życie wieczne.
Wielu ludzi sprzedaje Boga taniej niż Judasz. Judasz otrzymał trzydzieści srebrników, a niektórzy oddają Boga za kilka groszy, za trochę zgubnego napoju lub innej używki, za chwilę grzesznej rozkoszy, za ludzką opinię, za lęk przed wyśmianiem, a czasem wręcz za darmo. Wydaje się, jakby Pan Bóg tak bardzo im przeszkadzał, że chcą pozbyć się Go czym prędzej. Popełniając grzech ciężki, człowiek dobrowolnie pozbywa się łaski uświęcającej, wypędza Boga ze swojej duszy, naraża się na utratę zbawienia, a jedynym towarem, który nabywa w tej pozornie „okazyjnej cenie”, jest piekło.
Jak bardzo przypominamy biblijnego Ezawa, który za miskę soczewicy sprzedał swoje pierworództwo. On oddał wielkie dziedzictwo za chwilowe zaspokojenie głodu. My nieraz sprzedajemy jeszcze większe dziedzictwo: wieczne szczęście w niebie, udział w życiu Boga, pokój sumienia i przyjaźń z Chrystusem. A wszystko to za ulotną, pozorną przyjemność, która przemija szybciej, niż się pojawiła, pozostawiając niepokój, wyrzuty sumienia i duchową pustkę.
Niepokalana uczy nas cenić łaskę
Naszym wzorem powinna być Najświętsza Maryja Panna. Ona nie tylko trwała przez całe życie w łasce uświęcającej, lecz nieustannie ją pomnażała, coraz ściślej jednocząc się z Bogiem. Korzystała z każdej okazji, aby ćwiczyć się w cnocie. Uświęcała każdą myśl, każde słowo, każdy czyn i każdą chwilę życia. Jej codzienność nie składała się wyłącznie z wielkich, nadzwyczajnych wydarzeń. Przez większość życia wykonywała zwyczajne obowiązki, lecz czyniła je z doskonałą miłością i dlatego każda chwila stawała się kolejnym krokiem ku Bogu.
Oby wszyscy ludzie naśladowali Maryję. Niestety, wielu żyje tak, jakby łaski uświęcającej nie można było utracić i jakby niebo było im zagwarantowane niezależnie od sposobu życia. Pan nasz Jezus Chrystus powiedział jednak, że ciasna jest brama i wąska droga prowadząca do życia, a szeroka jest droga prowadząca do zguby i wielu nią idzie. Te słowa nie mają nas prowadzić do rozpaczy, lecz do trzeźwości i czujności. Mamy spojrzeć na Maryję i od Niej uczyć się, jak cenić największy skarb: łaskę uświęcającą.
Życie jest walką
Musimy pamiętać, że trwa walka. Nasze życie jest walką o zbawienie, o zachowanie łaski i o wytrwanie przy Panu naszym Jezusie Chrystusie. Nie jest to walka jednorazowa. Toczy się każdego dnia, w małych decyzjach, w sposobie patrzenia, mówienia, reagowania, w wyborze dobra pomimo pokusy. Człowiek może dziś być gorliwy, a jutro osłabnąć. Może wiele lat wiernie służyć Bogu, a później przez brak czujności upaść. Dlatego potrzebujemy łaski ostatecznego wytrwania.
Ostateczne wytrwanie jest całkowicie darem Bożym. Człowiek nie może go sobie w ścisłym znaczeniu wysłużyć własną siłą. Może natomiast i powinien je wyprosić przez modlitwę. Wielu świętych i teologów, wśród nich św. Maksymilian Maria Kolbe, mówiło, że wszystkie łaski udzielane nam przez Pana Boga spływają na nas przez ręce Maryi. Skoro tak, to właśnie za Jej pośrednictwem możemy spodziewać się także największej z łask potrzebnych na końcu życia: łaski wytrwania do śmierci w przyjaźni z Bogiem.
Prośmy o wytrwałość
Łaskę tę otrzymamy, jeżeli będziemy wytrwale prosić Najświętszą Maryję Pannę, szczególnie w czasie pokus. Nie wystarczy wspominać o Niej jedynie w spokojnych chwilach. Trzeba wzywać Jej wtedy, gdy pokusa jest silna, gdy rozum zaczyna się zaciemniać, gdy wola słabnie, gdy grzech wydaje się atrakcyjny, a dobro trudne. Właśnie wtedy imię Maryi powinno pojawić się na naszych ustach i w sercu.
Św. Filip Nereusz mówił do tych, którymi kierował duchowo: „Dzieci moje, jeśli pragniecie wytrwać, miejcie nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny”.
Gdyby każdy człowiek w chwili pokusy natychmiast uciekał się do Niepokalanej, jak wiele grzechów nie zostałoby popełnionych. Można powiedzieć, że zdecydowana większość dusz, które idą na potępienie, weszłaby do nieba, gdyby wiernie i pokornie korzystała z pomocy Maryi. Nie dlatego, że Maryja zastępuje Chrystusa, lecz dlatego, że prowadzi do Niego, wyprasza Jego łaski i pomaga trwać przy Nim.
Pan Bóg dał nam Maryję jako wielką pomoc w walce o zbawienie. Dlatego praktykujmy nabożeństwa do Najświętszej Maryi Panny. Odmawiajmy różaniec, nośmy Jej medalik lub szkaplerz, obchodźmy Jej święta, nawiedzajmy Jej obrazy, uczmy się Jej cnót. Przede wszystkim zaś prośmy Ją przy codziennym pacierzu o wytrwanie w łasce uświęcającej. Szczególnie prośmy o tę łaskę wtedy, gdy przychodzą na nas pokusy do grzechu. Niech Niepokalana strzeże największego skarbu naszej duszy i doprowadzi nas bezpiecznie do nieba. Amen.
TRZY OKRESY ŻYCIA DUCHOWEGO
KONFERENCJA I: JEDNA DROGA I TRZY JEJ ETAPY
Mówiąc o życiu duchowym, spotykamy różne określenia: trzy okresy, trzy etapy, trzy stopnie albo trzy drogi. Wszystkie te nazwy odnoszą się do tej samej rzeczywistości: do rozwoju człowieka od pierwszego nawrócenia aż do głębokiego zjednoczenia z Bogiem. Temat ten jest ogromnie ważny, ponieważ dotyczy naszego zbawienia. Nie chodzi o wiedzę przeznaczoną jedynie dla zakonników, mistyków czy osób szczególnie wykształconych. Chodzi o drogę, którą w pewnym sensie powinien przejść każdy chrześcijanin.
Cel: wieczność
Możemy powiedzieć, że wszyscy jesteśmy w drodze do celu. Pan nasz Jezus Chrystus mówi: „Ja jestem drogą”. Istnieje jedna droga prowadząca do ostatecznego celu, ponieważ tylko przez Chrystusa człowiek dochodzi do Ojca. Aby jednak naprawdę iść, trzeba mieć przed oczami cel życia, a tym celem jest wieczność. Dzisiaj o wieczności bardzo łatwo się zapomina. Człowiek planuje szkołę, pracę, małżeństwo, dom, odpoczynek, podróże i starość, lecz nie planuje tego, co będzie po śmierci. Tymczasem całe życie doczesne jest krótkim odcinkiem drogi wobec wieczności, która nie ma końca.
Kiedy człowiek zapomina o celu życia, nie potrafi odnaleźć jego sensu. Św. Tomasz przypomina zasadę: „Każdy czyniący działa ze względu na cel”. Jeżeli cel jest jasny, poszczególne działania można uporządkować. Jeżeli celu nie ma albo jest fałszywy, człowiek błądzi, wybiera przypadkowe drogi i marnuje życie. Nie możemy więc mówić o okresach życia duchowego, jeżeli wcześniej nie zobaczymy, dokąd one prowadzą. Celem nie jest dobre samopoczucie, ciekawa duchowość ani samo doświadczenie religijne. Celem jest Bóg i wieczne z Nim zjednoczenie.
Im większy cel, tym trudniejsza droga. Im bardziej spektakularne zwycięstwo, tym cięższa walka. Sam Pan Jezus powiedział: „Jakże ciasna brama i wąska droga wiodąca do życia!”. To właśnie dlatego tak mało ludzi podejmuje wysiłek, aby wejść na tę drogę. Człowiek w pewnym sensie zaczyna od pogaństwa, nawet jeśli został ochrzczony. Może mieć metrykę chrztu, lecz jeżeli nie zna drogi do nieba albo świadomie ją ignoruje, żyje tak, jakby Bóg nie był jego celem.
Powołanie do doskonałości
Każdy z nas jest powołany do chrześcijańskiej doskonałości. Wzorem jest Pan nasz Jezus Chrystus i w swoim życiu mamy Go naśladować. Już w Starym Testamencie Bóg wołał do Narodu Wybranego: „Bądźcie więc świętymi, bo Ja jestem święty!” (Kpł 11,45). Św. Paweł natomiast wzywa: „Bądźcie naśladowcami moimi, tak jak ja jestem naśladowcą Chrystusa” (1 Kor 11,1). Świętość nie jest dodatkiem przeznaczonym dla nielicznych. Jest właściwym rozwojem łaski chrztu świętego i odpowiedzią człowieka na Boże wezwanie.
Dążenie do świętości jest procesem. Jest ciągłym wzrostem dokonującym się mocą Bożej łaski, ale wymagającym także wysiłku człowieka. O niebie najprościej możemy powiedzieć, że jest nim sam Bóg. Dążyć do świętości znaczy więc dążyć do Boga, upodabniać się do Niego, pozwalać, aby Jego sposób myślenia, kochania i działania coraz bardziej kształtował nasze życie.
W życiu duchowym nie ma prawdziwej stagnacji. Albo wznosimy się, podejmując wysiłek żywej wiary, albo oddalamy się od Boga. Kto mówi: „Nie chcę być ani lepszy, ani gorszy, chcę pozostać na tym samym poziomie”, ten nie rozumie ruchu życia duchowego. Zaniedbane dobro słabnie, niewykorzeniona wada rośnie, a modlitwa pozbawiona troski obumiera. Walka duchowa nie ominie nikogo. Możemy jednak z ufnością przyjąć słowa św. Teresy z Ávili:
„Nie obawiajmy się, by Pan Bóg miał się ociągać z udzielaniem łask potrzebnych do naszego uświęcenia, jeżeli my sami nie stawimy przeszkód”.
Dlaczego trzeba rozróżniać etapy?
Droga życia duchowego ma swoje etapy. Dzisiaj często się o tym zapomina i wszystko sprowadza się do bardzo ogólnych haseł: „miej relację z Chrystusem”, „poczuj Boga”, „otwórz serce”. Te zdania mogą zawierać prawdę, ale są zbyt nieprecyzyjne, jeśli mają prowadzić konkretną duszę. Gdyby spowiednik dokładnie te same wskazania zastosował do gimnazjalistki, która prawie się nie modli, i do karmelitanki znajdującej się na wyżynach życia mistycznego, mogłoby to przynieść tragedię. Obie dusze potrzebują Chrystusa, ale nie potrzebują w tej chwili tych samych ćwiczeń, tej samej lektury ani takiego samego sposobu rozeznawania wewnętrznych przeżyć.
Tak samo niebezpieczne byłoby, gdyby osoby znajdujące się na różnych etapach chciały iść identycznie albo w ten sam sposób odczytywały to, co się z nimi dzieje. Oschłość u początkującego może wynikać z zaniedbania i lenistwa. Oschłość u duszy bardziej zaawansowanej może być oczyszczeniem, przez które Bóg odrywa ją od pociech. Jedna osoba powinna mocno skoncentrować się na porzuceniu grzechów ciężkich, inna na wykorzenianiu dobrowolnych grzechów powszednich, a jeszcze inna na całkowitym poddaniu się działaniu łaski.
Droga do nieba ma swoje prawa i zasady. Ma różne etapy i stopnie. Nie chodzi o to, aby z matematyczną dokładnością wyznaczyć sobie miejsce, lecz aby rozróżniać ogólne zasady i wiedzieć, jak zacząć się po tej drodze poruszać. Nieznajomość dróg życia wewnętrznego może sprawić, że ktoś wybierze niewłaściwą lekturę, duchowość niedostosowaną do własnego stanu, zacznie naśladować praktyki, do których nie jest gotowy, i w rezultacie się pogubi. Trzeba także pamiętać, że diabeł inaczej atakuje na różnych etapach drogi. Początkującego kusi do powrotu do dawnych grzechów, postępującego do pychy i zniechęcenia, a duszę bardziej doskonałą może próbować zwodzić pod pozorem dobra.
Droga początkujących, postępujących i doskonałych
Za św. Tomaszem wyróżnia się drogę początkujących, drogę postępujących i drogę doskonałych. Te same etapy nazywa się także drogą oczyszczenia, oświecenia i zjednoczenia. Droga oczyszczenia oznacza przede wszystkim wyzwalanie się z grzechów i grzesznych przywiązań. Droga oświecenia jest wzrostem w naśladowaniu cnót Chrystusowych. Droga zjednoczenia prowadzi do głębokiego upodobnienia się do Chrystusa.
Kto wszedł na trzeci etap, może w pewnym sensie powtórzyć za św. Pawłem: „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2,20). Nie oznacza to utraty osobowości ani własnej woli. Oznacza, że wola człowieka jest tak zjednoczona z wolą Chrystusa, iż człowiek spontanicznie pragnie tego, czego chce Bóg, i odrzuca to, co się Bogu nie podoba.
Biblijne i tradycyjne źródła podziału
Podział na trzy drogi nie jest dowolnym schematem wymyślonym przez późniejszych autorów. Jego zalążki znajdujemy już w Piśmie Świętym. Psalm 34, według innej numeracji 33, mówi: „Odstąp od złego, czyń dobro; szukaj pokoju, idź za nim!”. W tym krótkim zdaniu można zobaczyć całe życie duchowe. „Odstąp od złego” oznacza unikanie grzechu i oczyszczenie. „Czyń dobro” oznacza spełnianie dobrych uczynków i ćwiczenie się w cnotach. „Szukaj pokoju i idź za nim” wskazuje na pokój zrodzony z głębokiego zjednoczenia z Bogiem.
Podobny porządek znajduje się w słowach Pana Jezusa: „Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje” (Łk 9,23). Zaparcie się siebie oznacza oczyszczenie z nieuporządkowanych skłonności. Codzienne branie krzyża obejmuje praktykowanie cnót i wierne pełnienie obowiązków. Naśladowanie Chrystusa prowadzi zaś do coraz ściślejszego z Nim zjednoczenia.
Także Tradycja bardzo wcześnie opisywała ten potrójny ruch. Klemens Aleksandryjski w II wieku wskazywał, że aby osiągnąć doskonałość, trzeba najpierw powstrzymywać się od złego i umartwiać namiętności, następnie dobrze czynić, ćwicząc się w cnotach pod wpływem nadziei, a wreszcie dobrze czynić z miłości do Boga. O kolejnych etapach wzrostu mówili również św. Augustyn i św. Bernard. Św. Tomasz, rozwijając myśl św. Augustyna, wskazał, że w samej cnocie miłości można wyróżnić trzy stopnie odpowiadające trzem drogom: troskę o zachowanie miłości, troskę o jej wzrost oraz miłość tak dojrzałą, że człowiek pragnie przede wszystkim przylgnięcia do Boga.
Ten podział potwierdza także zwykły rozum. Wszystko, co robimy, ma początek, środek i koniec. Człowiek uczący się jakiejś sztuki zaczyna od podstaw, później nabiera sprawności, a w końcu działa z łatwością i dojrzałością. Jeżeli chcemy zjednoczyć się z Bogiem, musimy najpierw oczyścić się z dawnych win i zabezpieczyć przed nowymi. Następnie trzeba nabywać cnoty i uczyć się życia Chrystusowego. Dopiero tak przygotowana dusza może być pociągnięta do głębszego zjednoczenia.
Pierwsza droga: oczyszczenie
Wyobraźmy sobie statek płynący w stronę przepaści. Jest to obraz życia pogańskiego, nawet gdy prowadzi je człowiek ochrzczony. Załoga bawi się, zajmuje własnymi sprawami i nie rozumie niebezpieczeństwa. Nagle kapitan otrzymuje lornetkę. Widzi, że przed statkiem znajduje się przepaść, katastrofa i wielkie męki, które możemy porównać do piekła. Jednocześnie ktoś pokazuje mu inne miejsce: bezpieczny port, pełen szczęścia i radości, obraz nieba. W tej chwili musi nastąpić nawrócenie. Nie wystarczy zachwycić się portem. Trzeba odwrócić statek, który ma rozpęd, ciężar i ustalony kurs.
To jest pierwszy okres życia duchowego i pod wieloma względami najtrudniejszy. Najpierw przychodzi poznanie prawdy i fascynacja nowym życiem. Człowiek odkrywa Boga, łaskę, modlitwę, sakramenty, piękno nauki katolickiej. Potem jednak zaczyna się mozolna praca odwracania statku własnego życia. Trzeba zerwać z nałogami, nieuporządkowanymi relacjami, przyzwyczajeniami, sposobami myślenia i całym ciężarem przeszłości. Wielu ludzi rezygnuje właśnie dlatego, że ta praca okazuje się trudniejsza, niż oczekiwali.
Główną troską początkujących jest to, aby nie utracić miłości, czyli łaski uświęcającej. Dusze początkujące szczególnie unikają grzechu ciężkiego, walczą z wadami, pożądliwościami i namiętnościami, które mogłyby je odłączyć od Boga. Celem tej drogi jest oczyszczenie z grzechów i grzesznych przywiązań. Człowiek uczy się mówić „nie” temu, co dotąd nad nim panowało.
Druga droga: oświecenie
Kiedy statek zawraca, sama praca skrętu jest bardzo ciężka. Gdy jednak kurs zostanie zmieniony, sytuacja wygląda inaczej. Człowiek uwalnia się od tego, co go wiązało, i zaczyna oczyszczać się z nagromadzonego brudu. Na drugim etapie mniej chodzi już o podstawową walkę z grzechami ciężkimi i najbardziej widocznymi wadami, a bardziej o pozytywne naśladowanie Chrystusa i nabywanie życia Bożego. Asceza nadal jest potrzebna, ale nie stanowi jedynego punktu ciężkości.
Dusza na drodze oświecenia cechuje się większą regularnością w walce z pokusami, w codziennym rozmyślaniu i wieczornym rachunku sumienia. Wzrasta w niej wstręt do grzechu, zamiłowanie do pokuty i miłość do Eucharystii. Powoli cnoty zaczynają górować nad grzesznymi skłonnościami. Cnota jest stałą tendencją woli do czynienia dobra i unikania zła. Człowiek nie czyni dobra jedynie w pojedynczym porywie, lecz nabywa trwałą sprawność.
Na tym etapie człowiek ubiega się o coraz pełniejsze zjednoczenie z Chrystusem. Dba o czystość serca i unika nawet okazji do grzechów lekkich. Św. Teresa, mówiąc o duszach znajdujących się w trzecim mieszkaniu, opisuje je następująco:
„Mają oni wielkie pragnienie nieobrażania Boskiego Majestatu, unikają nawet grzechów powszednich; mają zamiłowanie do pokuty, mają swoje godziny skupienia, czas spędzają pożytecznie, ćwiczą się w uczynkach miłosiernych względem bliźniego. Wszystko w nich jest należycie unormowane: słowa, odzież, zarządzanie własnym domem”.
W drugim okresie człowiek stara się robić postępy w cnotach i umacniać w miłości. Oczyszczone serce staje się bardziej otwarte na łaski Boże i chętnie idzie za Chrystusem. Nie ogranicza się już do unikania grzechu ciężkiego, lecz podejmuje także walkę z grzechami powszednimi, szczególnie dobrowolnymi, oraz z niedoskonałościami, które utrudniają pełniejsze działanie łaski.
Trzecia droga: zjednoczenie
Gdy człowiek przyzwyczaił się do naśladowania Chrystusa, a akty cnót stały się trwałymi sprawnościami, Pan Bóg może pociągnąć duszę i dać jej szczególny udział w swojej światłości. Jest to droga zjednoczenia. Dusza pragnie wtedy przede wszystkim Boga i unika nawet najmniejszego grzechu. Nie czyni dobra głównie z lęku przed karą ani dla nagrody, lecz z miłości do Pana Boga. Rozpala ją wielka tęsknota, aby być z Nim i wszystko czynić dla Niego.
Człowiek zjednoczony z Chrystusem staje się żywym i czytelnym świadectwem. Ludzie patrzą na niego i widzą w nim coś z Chrystusa: Jego cierpliwość, łagodność, czystość, miłość i pokój. Na tym etapie pojawia się kontemplacja wlana, a czasem, choć rzadko, nadzwyczajne zjawiska mistyczne. Nie one jednak stanowią istotę doskonałości. Istotą jest doskonała miłość i zjednoczenie woli ludzkiej z wolą Boga.
Trudno dokładnie scharakteryzować moment przejścia z drugiego etapu na trzeci. Nie istnieje słupek graniczny ani jedna data, którą można wpisać do kalendarza. Zmiana dokonuje się stopniowo, a dusza często sama nie potrafi jej jasno nazwać. Dlatego potrzebna jest pokora i roztropne kierownictwo duchowe.
Ta droga jest także dla nas
W dalszych konferencjach skupimy się przede wszystkim na pierwszej drodze, drodze oczyszczenia, ponieważ ona dotyczy największej liczby osób i od niej wszystko się zaczyna. Ktoś może jednak pomyśleć: „Droga zjednoczenia nie jest dla mnie. Zostawię ją świętym, zakonnikom i mistykom. Ja chcę tylko być zwyczajnym, przyzwoitym katolikiem”. Jest to bardzo niebezpieczna pułapka.
Byłoby to podobne do postawy człowieka, który chce wejść na górę, ale już na początku postanawia: „Zatrzymam się na określonej wysokości i dalej nie pójdę”. Nie wie jednak, czy miejsce, w którym zamierza się zatrzymać, jest bezpieczne, ani czy nie zacznie się z niego osuwać. Chrześcijanin nie może wyznaczać granicy miłości do Boga. Powinien pragnąć dojść tak daleko, jak poprowadzi go łaska. Nie każdy otrzyma te same dary i nie każdy przejdzie drogę w taki sam sposób, ale każdy powinien pragnąć świętości i pełnego zjednoczenia z Bogiem.
KONFERENCJA II: POCZĄTEK DROGI OCZYSZCZENIA · Czy wszyscy jesteśmy na starcie?
Po przedstawieniu trzech okresów życia duchowego można zapytać: czy wobec tego wszyscy znajdujemy się na starcie, czyli na drodze oczyszczenia? Nie do końca. Nie można oczekiwać matematycznej dokładności w określaniu miejsca duszy. Przejścia dokonują się często niepostrzeżenie i nie ma przy nich żadnego słupka granicznego. Życie duchowe jest żywym ruchem. Zdarzają się przypływy i odpływy: czasem idziemy naprzód, czasem się cofamy, a czasem przez dłuższy czas drepczemy w miejscu.
Na każdej z trzech dróg istnieją liczne stopnie. Wśród początkujących jedni mają ciężką przeszłość do odpokutowania, inni nie. Jedni są na tej drodze dłużej, inni krócej. Jedni idą gorliwie, inni bardzo powoli. Nie wszyscy zaczynają od tego samego miejsca i nie wszyscy mają te same przeszkody. Co więcej, większość ludzi nie znajduje się jeszcze nawet na pierwszym etapie, ponieważ w ogóle nie rozpoczęła świadomego życia duchowego.
Kto jeszcze nie prowadzi życia duchowego?
Nie prowadzi prawdziwego życia duchowego ktoś, kto trwa w grzechu śmiertelnym, a od czasu do czasu, na przykład przy okazji świąt, idzie do spowiedzi. Jeżeli w ciągu roku człowiek pozostaje w łasce uświęcającej tylko przez miesiąc, a przez pozostały czas świadomie zgadza się na grzech ciężki, to nie można powiedzieć, że idzie drogą doskonałości. Czasami podejmuje próbę wejścia na tę drogę, ale jeszcze na niej nie trwa.
Potrzebna jest rzeczywista chęć nawrócenia. Samo pragnienie wyrażone słowami nie wystarczy, jeżeli człowiek nic nie robi, aby zerwać z grzechem. Kto zgadza się na życie w grzechu ciężkim, nie znajduje się na drodze życia duchowego. Istnieje bowiem stan przyjaźni z Bogiem, którym jest łaska uświęcająca, oraz stan nieprzyjaźni, którym jest grzech ciężki. Nie można jednocześnie świadomie trwać w jednym i drugim.
Samo bycie po spowiedzi także nie wystarczy. Spowiedź może oczyścić duszę, ale człowiek powinien mieć wolę walki i oderwania się od grzechów ciężkich. Jeżeli po spowiedzi od razu zakłada, że wróci do dawnego życia, albo nie podejmuje żadnego środka zaradczego, to jego nawrócenie pozostaje bardzo powierzchowne.
Kto wszedł na pierwszą drogę?
Na drogę oczyszczenia wszedł ten, kto rzeczywiście zdecydował się walczyć z grzechem ciężkim. Taki człowiek może mieć nieszczęście i czasem upaść. O jego miejscu nie decyduje absolutna bezgrzeszność, lecz zasadnicze nastawienie: „Nie zgadzam się na ten grzech. Chcę z nim walczyć. Gdy upadnę, natychmiast wrócę do Boga przez żal i spowiedź”. Po grzechu ciężkim nie czeka miesiącami, lecz jak najszybciej szuka pojednania.
Musi pojawić się pragnienie doskonałości, zwrócenie ku niebu, a nie wyłącznie ku doczesności. Człowiek chce być katolikiem, który traktuje swoją wiarę poważnie. Naprawdę pragnie świętości i odwraca się od grzechu ciężkiego. Centralną postacią jego życia staje się Chrystus. Nie chodzi już tylko o to, aby „jakoś przeżyć” i uniknąć największego zła, lecz aby należeć do Pana Jezusa i budować życie wokół Niego.
Pierwsza gorliwość i „cukierki”
Św. Teresa z Ávili przedstawia trzy okresy życia duchowego w obrazie siedmiu mieszkań twierdzy wewnętrznej. Człowiek, który chce wejść na drogę oczyszczenia, nadal posiada wiele przywiązań. Gdy Pan Bóg daje mu łaskę nawrócenia, odkrywa nowy świat. Wszystko wydaje się świeże: modlitwa, sakramenty, książki duchowe, nabożeństwa, rekolekcje. Pojawia się ogromna gorliwość, choć często jest ona jeszcze nieuporządkowana.
Człowiek może być tak zafascynowany nowością życia duchowego, że zapomina o własnej sytuacji. Zachwyca się portem, ale nie pamięta, że statek nadal posiada rozpęd i ciągle płynie w stronę przepaści. Pan Bóg w swojej dobroci daje wtedy łaskę, która na pewien czas przytłumia złe przywiązania. Człowiek może skosztować pokoju, radości i łatwości modlitwy. Św. Maksymilian nazywał takie emocjonalne dary „cukierkami”.
Po pewnym czasie Pan Bóg wycofuje cukierki. To, co nowe, z czasem przestaje być nowe. Przychodzi przyzwyczajenie, oschłość i doświadczenie własnej słabości. Człowiek odkrywa, że grzeszne przywiązania nie zniknęły automatycznie, że wady nadal istnieją, a pokusy wracają, nieraz z podwójną siłą. Można tu przypomnieć ewangeliczny obraz ducha nieczystego, który wraca i zastaje dom wymieciony i przyozdobiony, lecz pusty. Wtedy bierze siedem duchów złośliwszych od siebie, wchodzą i mieszkają tam, a stan późniejszy człowieka staje się gorszy niż poprzedni.
Takie doświadczenie w jakiejś formie pojawia się niemal zawsze na początku. Wielu wtedy rezygnuje. Ich gorliwość okazuje się słomianym zapałem. Myśleli, że skoro modlitwa była łatwa przez kilka tygodni, to będzie taka zawsze. Gdy przestają odczuwać pociechę, dochodzą do wniosku, że wszystko było złudzeniem albo że życie duchowe nie jest dla nich.
Właściwa droga zaczyna się po zniechęceniu
Właśnie wtedy zaczyna się naprawdę droga oczyszczenia. Zaczyna się świadoma walka z grzechem. Trzeba wiedzieć z góry, że zniechęcenie przyjdzie, i postanowić, że nie będzie ono powodem rezygnacji. Osoby znajdujące się na tej drodze nie żyją zasadniczo w grzechu ciężkim, spowiadając się jedynie okazjonalnie. Raczej regularnie pozostają w stanie łaski uświęcającej. Upadają, czasem nawet często, ale również często wracają przez spowiedź i praktykę żalu doskonałego.
Stan łaski uświęcającej nie jest wyłącznie biletem do nieba, choć prawo do dziedzictwa niebieskiego jest jednym z jego skutków. Łaska uświęcająca oznacza, że Bóg mieszka w sercu człowieka i w nim działa. Jeżeli dusza nie trwa w łasce, zwykle nie otrzymuje tych samych pomocy i tej samej siły do wzrostu. Większa część dzieła doskonalenia człowieka pochodzi od Pana Boga. Dlatego podstawową praktyką na pierwszej drodze musi być zachowywanie łaski uświęcającej możliwie najdłużej.
Łaska i wysiłek
Wchodząc na ten etap, nie możemy przypisywać głównej roli własnemu wysiłkowi. Pan Jezus powiedział: „Beze Mnie nic nie możecie uczynić” (J 15,5). Człowiek sam nie usunie grzechu, nie stworzy w sobie cnót nadprzyrodzonych i nie zjednoczy się z Bogiem. Wszystko zaczyna się od łaski, jest przez łaskę podtrzymywane i ku łasce prowadzi.
Z drugiej strony nie wolno przesadnie ufać łasce w taki sposób, jakby miała ona za nas dokonać całego wzrostu bez współpracy woli. Dążenie do świętości jest wysiłkiem woli i trudem wzmocnionym łaską Bożą w mocy Ducha Świętego. Bóg działa, ale człowiek ma się otworzyć, podejmować decyzje, unikać okazji do grzechu, modlić się, pokutować i wiernie pełnić obowiązki.
Najczęstszym błędem początkujących jest przesadna ufność we własne siły, wyrażająca się w nagromadzeniu zbyt wielu praktyk pobożnych. Można to nazwać duchowym pracoholizmem. Człowiek układa sobie plan, w którym znajduje się kilka godzin modlitwy, wiele nabożeństw, liczne postanowienia, lektury i umartwienia, choć wcześniej nie potrafił regularnie odmówić pacierza. Postępuje tak, jakby wszystko zależało od niego. Taka postawa szybko prowadzi do zmęczenia i zniechęcenia.
Spowiedź generalna, rekolekcje i kierownictwo
Wejście na drogę doskonałości często dokonuje się poprzez dobrą spowiedź generalną. Rzetelny rachunek sumienia pozwala zobaczyć całe życie w świetle Boga, nazwać dawne grzechy, przywiązania i zaniedbania oraz wzbudzić pragnienie świętości. Dla wielu ludzi taka spowiedź staje się rzeczywistym początkiem drogi. Trzeba jednak uważać, aby nie popaść w skrupulanctwo i nie wracać bez końca do grzechów już ważnie wyznanych i odpuszczonych.
Podobnym impulsem mogą być dobrze przeżyte rekolekcje, szczególnie rekolekcje ignacjańskie. Ich zakończeniu często towarzyszy duchowe uniesienie, wewnętrzna radość i pewna łatwość życia duchowego. Stan ten zazwyczaj trwa krótko, a później przychodzi dalsza walka i oschłość. Te duchowe „cukiereczki” Bóg daje, aby zachęcić człowieka do drogi. Są jak przedsmak pokoju, który w sposób bardziej trwały może pojawić się na etapie zjednoczenia.
Nieocenioną pomocą we wzroście wewnętrznym jest kierownik duchowy albo stały spowiednik. Człowiek nie zawsze potrafi obiektywnie ocenić własny stan. Może mylić gorliwość z pychą, oschłość z zaniedbaniem albo pokusę ze skrupułem. Roztropny przewodnik pomaga dobrać właściwe środki i chroni przed skrajnościami.
Dwie wole i cierpliwość początkującego
Na początku człowiek chce wypełniać wolę Pana Boga, ale jednocześnie nadal chce wypełniać własną wolę. Chciałby połączyć życie pobożne z życiem światowym, zachować nowe praktyki, a zarazem nie rezygnować z dawnych przywiązań. Pragnie świętości, lecz ma dużą tolerancję dla wielu grzechów lekkich albo dla rzeczy prowadzących do zła.
Takim przywiązaniem może być nałóg, towarzystwo, w którym człowiek regularnie grzeszy słowami, albo nawet zwykłe łóżko, gdy ktoś woli długo leżeć, zamiast wstać i odmówić modlitwę poranną lub wykonać obowiązek. Na początku wiele drobnych rzeczy pokazuje, kto naprawdę rządzi życiem: Bóg czy wygoda.
Pierwszy etap jest czasem niecierpliwości. Człowiek chciałby odwrócić statek natychmiast, najlepiej w tydzień albo w rok. Tymczasem głęboko zakorzenione przyzwyczajenia nie znikają od jednego postanowienia. Potrzebna jest cierpliwość, regularność i pokora. Jeżeli człowiek wytrwa, a takich nie jest wielu, po pewnym czasie walka staje się łatwiejsza.
Po kilku latach może jednak pojawić się kolejny dołek i zniechęcenie. Człowiek staje się poirytowany, traci chęć, narzeka. Często powodem jest to, że dusza zatrzymała się i nie wprowadza praktyk potrzebnych do dalszego rozwoju. Kto przejdzie przez ten drugi dołek, może pójść dalej. Kto się zatrzyma, naraża się na duchową pychę: sam się nie rozwija, ale coraz uważniej patrzy na innych, krytykuje ich, obgaduje i mierzy własną wartość cudzymi błędami.
Drugie mieszkanie św. Teresy
Możemy teraz spojrzeć na drugie mieszkanie według św. Teresy, odpowiadające początkom prawdziwego życia duchowego. Osoby na tym poziomie zaczynają ponosić ofiary dla Boga. Nadal jednak od czasu do czasu znajdują swoje „pięć minut” – czasem są to rzeczywiście minuty, a czasem dni lub tygodnie – gdy upadają, tracą czujność i robią rzeczy nierozumne. Nie są jeszcze ustabilizowane, ale kierunek ich życia jest już zwrócony ku Bogu.
Właśnie na tym poziomie zaczynają odnajdywać coś koniecznego dla życia duchowego: pokój serca. W całym okresie oczyszczenia Pan Bóg chce człowieka oczyścić. Nieraz działa mocno, jak artysta, który bierze duży kloc materiału i uderza zdecydowanie, aby usunąć największe, najgrubsze fragmenty. Takie uderzenia bolą. Człowiek doświadcza ich zwłaszcza na początku drogi, gdy traci dawne oparcia, a nowe cnoty nie są jeszcze utrwalone.
Przez to wszystko Pan Bóg prowadzi do czystości serca. Człowiek musi znienawidzić grzech i poczuć do niego wstręt. Podejmuje wysiłek uwolnienia się z bagażu skutków dawnych upadków. Etap ten przypomina praktyki Wielkiego Postu: wyrzeczenie, pokutę, rachunek sumienia, powrót do Boga i walkę z tym, co od Niego oddala.
Przeszłość i przyszłość
Na drodze oczyszczenia zwracamy uwagę zarówno na przeszłość, jak i na przyszłość. Przeszłość oznacza cały balast dawnych grzechów, przywiązań i złych sposobów myślenia. Usuwa się go przez negację tego, co było złe, przez metanoję, czyli zmianę myślenia i nastawienia, oraz przez pokutę. Wszystkie praktyki pokutne mają między innymi pomóc pokonać przeszłość i naprawić jej skutki.
Przyszłość wiąże się z intencją i pobudką, czyli z miłością, dla której człowiek wybiera dobro. U początkujących motywacją do zmiany jest najczęściej strach przed piekłem albo pragnienie radości nieba. Taka pobudka może być dobra, choć jeszcze niedoskonała. Dlatego Kościół poleca początkującym rozważanie rzeczy ostatecznych: śmierci, sądu, piekła i nieba. Te prawdy budzą z duchowego snu i pomagają podjąć decyzję.
Później coraz większe miejsce powinno zajmować rozważanie Męki Pańskiej, aby lepiej poznać miłość Pana Jezusa. Człowiek zaczyna wtedy unikać grzechu nie tylko dlatego, że boi się kary, ale dlatego, że nie chce ranić Tego, który za niego cierpiał i oddał życie.
Każdy idzie inaczej
U każdego droga oczyszczenia wygląda trochę inaczej. Najczęściej trwa długo, nieraz wiele lat. U św. Teresy z Ávili obejmowała około dwudziestu lat życia zakonnego. U św. Teresy od Dzieciątka Jezus czy u św. Maksymiliana mogła przebiegać znacznie krócej. Długość nie jest najważniejsza. Ważne jest to, aby człowiek rzeczywiście szedł dalej.
Pan Bóg nie patrzy na duszę z zegarkiem w ręku. Może w jednej chwili napełnić ją tyloma łaskami, ile inna otrzymywała przez wiele lat. Dlatego nie wolno się porównywać. Jednego Bóg prowadzi szybko, innego powoli. Jeden ma cięższy temperament, inny większą pomoc środowiska. Naszym zadaniem jest wiernie odpowiadać na łaski dane nam, a nie mierzyć własną drogę cudzą miarą.
Dwa dołki
Podsumowując, na początku drogi pojawia się pierwsze zniechęcenie i wielu rezygnuje. Można je porównać do ziarna z przypowieści, które szybko wzeszło, ale nie miało korzenia i uschło pod wpływem słońca. Po pewnym czasie, często po kilku latach praktyki, przychodzi drugi dołek: dłuższy i bardziej niebezpieczny. Dusza zna już podstawy, lecz przestaje wzrastać, traci świeżość i może wejść w rutynę albo pychę.
Jeżeli człowiek zwycięży ten drugi kryzys, może wejść bardziej zdecydowanie na drogę postępujących w życiu chrześcijańskim. Aby jednak było to możliwe, potrzebuje konkretnych praktyk etapu oczyszczenia. Im właśnie poświęcona będzie następna konferencja.
KONFERENCJA III: ĆWICZENIA DROGI OCZYSZCZENIA
Teraz zwrócimy uwagę na konkretne ćwiczenia potrzebne, aby wejść na drogę oczyszczenia i na niej wytrwać. Na tym etapie towarzyszą nam przede wszystkim dwie wielkie praktyki: modlitwa i pokuta. Nie są one dodatkami do życia duchowego, lecz jego podstawowymi narzędziami. Modlitwa otwiera duszę na działanie Boga, a pokuta usuwa przeszkody i porządkuje nieuporządkowane skłonności.
Katolicka doba i konieczność dyscypliny
Pierwszym zadaniem jest ustalenie dyscypliny w codziennym życiu. Dawni mistrzowie duchowi mówili o „dobie katolickiej”, czyli takim porządku dnia, w którym czas zostaje świadomie odniesiony do Boga. Już tutaj pojawia się pierwszy problem: wielu ludzi nie postępuje naprzód, ponieważ żyje jedynie urywkowymi praktykami i emocjonalnymi wysiłkami. Modlą się mocniej przy okazji jakiegoś wydarzenia, po spowiedzi albo podczas rekolekcji, a potem wszystko zanika.
Można żartobliwie nazwać takich ludzi „lunatykami”: stają się pobożni tylko w czasie pełni księżyca. Ich życie duchowe zależy od nastroju, okoliczności i chwilowego poruszenia. Pierwszym wielkim problemem jest współczesny sentymentalizm, obecny nie tylko w religii. Człowiek przyzwyczaja się do oceniania wszystkiego według tego, co w danej chwili czuje.
Niebezpieczeństwo sentymentalizmu
Ktoś może szukać kontaktu z Bogiem przede wszystkim jako emocji. Wydaje mu się, że kocha Boga tylko wtedy, gdy odczuwa wzruszenie, pokój, ciepło albo entuzjazm. Nie wyobraża sobie relacji z Bogiem bez uczuć. Ascetyka nazywa to sentymentalizmem i wskazuje, że jest to szczególne niebezpieczeństwo na początku drogi.
Zmysły i uczucia są kanałem, przez który Pan Bóg może pokazywać nam drogi życia duchowego. Nie są złe i nie trzeba ich niszczyć. Życie duchowe jednak przekracza emocje. Uczucia nie są konieczne do prawdziwej modlitwy, a czasem mogą nawet szkodzić, gdy człowiek zaczyna szukać ich zamiast Boga. Osoby sentymentalne chętnie się modlą, kiedy emocje są rozgrzane. Gdy uczucia opadają, porzucają praktyki.
Złota zasada brzmi: lepiej mniej, ale regularnie. Jeżeli regularności zabraknie, życie duchowe w końcu zostanie zaniechane. Lepiej podjąć mniejszą liczbę modlitw i nie uzależniać ich od uczuć, niż w chwili entuzjazmu modlić się „do oporu”, a następnie przez wiele dni nie robić nic. Św. Ignacy mówi o prawie falowania: po pociesze przychodzi strapienie, po łatwości trudność. Dojrzałość polega na wierności w obu stanach.
Dwa filary katolickiej doby
Jak według mistrzów duchowych wygląda katolicka doba? Najpierw trzeba ustalić godzinę wstawania i godzinę pójścia spać. Są to dwa podstawowe filary. Bez nich cały dzień łatwo traci porządek. Regularny sen jest także pierwszą ascezą. Wymaga zrezygnowania z niepotrzebnego przedłużania wieczoru, z bezmyślnego przeglądania Internetu i z porannego ulegania lenistwu.
Filar poranny jest szczególnie ważny. Po przebudzeniu człowiek jest zwykle najbardziej świeży, a jego umysł nie został jeszcze rozproszony przez tysiące informacji i zajęć. Od pierwszych chwil zależy kierunek całego dnia. Jeżeli dzień rozpoczyna się od telefonu, wiadomości i pośpiechu, dusza od razu zostaje pociągnięta na zewnątrz. Jeżeli rozpoczyna się od Boga, wszystko może zostać uporządkowane wokół Niego.
Modlitwa poranna
Modlitwa poranna początkującego powinna zawierać kilka prostych aktów. Najpierw akt uwielbienia: uznaję, że Pan Bóg jest moim Stwórcą i Panem, że należy Mu się pierwsze miejsce. Następnie akt dziękczynienia za nowy dzień, życie, wiarę, łaskę i wszystkie dobrodziejstwa. Potem akt ofiarowania: oddaję Bogu cały dzień, pracę, spotkania, radości i cierpienia. Wzbudzam akty wiary, nadziei i miłości.
Potrzebne jest także konkretne postanowienie na dzisiejszy dzień. Człowiek powinien uświadomić sobie, co będzie robił, jakie czekają go niebezpieczeństwa i jakie wady mogą się ujawnić. Biznesmen przed rozpoczęciem pracy sprawdza plan dnia i wie, z kim ma spotkania. Tym bardziej chrześcijanin powinien spojrzeć na swój dzień w świetle zbawienia. Jeżeli wiem, że spotkam osobę, przy której łatwo się denerwuję, mogę wcześniej prosić o cierpliwość. Jeżeli czeka mnie trudna sytuacja, mogę ją ofiarować i przygotować się do niej duchowo.
Poranek powinien zawierać ofiarowanie się Najświętszej Maryi Pannie, modlitwę do Anioła Stróża i świętego patrona, a w odpowiedniej porze także modlitwę „Anioł Pański”. Całość może zająć dwie lub trzy minuty. Nie chodzi o rozbudowany ceremoniał, lecz o świadome rozpoczęcie dnia z Bogiem.
Później, gdy podstawowa regularność zostanie utrwalona, można dodać pięć lub dziesięć minut rozważania. Rozmyślanie polega na zastanawianiu się nad jednym tematem świętej wiary i odnoszeniu go do własnego życia. Może to być stacja Męki Pańskiej, tajemnica różańca, fragment Ewangelii albo inna prawda wiary. W ten sposób modlitwa poranna może zająć dziesięć lub piętnaście minut. Jeżeli dla Pana Boga nie masz piętnastu minut, to nie jesteś chrześcijaninem: On daje ci dwadzieścia cztery godziny.
Modlitwa wieczorna
Drugim filarem jest wieczór, czyli zakończenie dnia. Człowiek jest wtedy zmęczony i naturalne jest, że chciałby szybko zasnąć. Dlatego modlitwa wieczorna powinna być stanowcza, klarowna i raczej krótka. Nie trzeba wieczorem podejmować wielkich ćwiczeń ani czytać trudnych książek. Wystarczą dwie lub trzy minuty, ale powinny zawierać rzeczy najważniejsze.
Najpierw trzeba z całego serca podziękować Panu Bogu za przeżyty dzień i za każdą otrzymaną łaskę. Następnie prosić o światło do poznania swoich występków i przeprowadzić rachunek sumienia. Nie chodzi o nerwowe przeszukiwanie pamięci, lecz o spokojne spojrzenie: gdzie byłem wierny, gdzie zawiodłem, jaka wada działała, z jakiej łaski skorzystałem, a jaką zmarnowałem. Potem należy wzbudzić żal i mocne postanowienie poprawy.
Wieczorem bardzo ważne jest także to, co nastąpi po modlitwie. Powinna ona być ostatnią świadomą aktywnością dnia. Po niej powinna nastąpić cisza nocna. Jeżeli ktoś po pacierzu ponownie sięga po telefon, ogląda filmy albo czyta wiadomości, jego umysł znów się rozprasza, a modlitwa przestaje być prawdziwym domknięciem dnia. Dwa filary – poranek i wieczór – są ogromnie istotne.
Dach: obowiązki i akty strzeliste
Pomiędzy dwoma filarami rozciąga się dach, czyli cały dzień. W ciągu dnia człowiek ma przede wszystkim wypełniać swoje obowiązki. Nie można prowadzić życia duchowego kosztem pracy, rodziny, nauki czy odpowiedzialności. To właśnie przez obowiązki Pan Bóg najczęściej uświęca człowieka.
Złotą modlitwą w ciągu dnia są akty strzeliste. Są bardzo ważne, a tak rzadko praktykowane. Krótki akt nie jest jedynie naszym zwróceniem się do Boga. Wraz z nim jakby iskra Bożej łaski spływa na duszę. Akty strzeliste uświęcają codzienne czynności. Im są częstsze i głębsze, tym bardziej cały dzień staje się modlitwą.
Mogą to być bardzo proste słowa: „Panie, zmiłuj się nade mną”, „Panie, ratuj go”, „Panie Jezu, pomóż mi, bo zaraz wybuchnę”, „Maryjo, prowadź mnie”, „Jezu, ufam Tobie”. Nie wymagają one specjalnego miejsca ani długiego czasu. Można je wypowiadać podczas pracy, drogi, spotkania czy chwili pokusy.
Małe słupki dnia
W katolickiej dobie, poza filarami i dachem, istnieją także małe słupki. Może nim być cząstka różańca, kilka stron pobożnej książki, nawiedzenie kościoła, krótka modlitwa w południe albo inna stała praktyka. Te punkty podtrzymują dzień i przypominają, że wszystko należy do Boga.
Przez modlitwę pozwalamy Panu Jezusowi działać zgodnie z Jego obietnicą: „Proście, a otrzymacie”. Aby Pan nas przemieniał, potrzebuje naszej otwartości wyrażonej w modlitwie. Św. Alfons Maria de Liguori powiedział bardzo mocno:
„Kto się modli – zbawi się. A ten, kto się nie modli – potępi się”.
Trzeba jednak unikać materializmu modlitewnego, czyli przekonania, że im więcej modlitw, tym automatycznie lepiej. Jeden człowiek potrzebuje więcej czasu modlitwy, inny mniej. Zależy to od charakteru, obowiązków, stanu życia, a także od płci i sposobu przeżywania rzeczywistości. Przedstawiony porządek jest tak naprawdę niewielki i nie musi zajmować nawet godziny dziennie. Najpierw trzeba nauczyć się regularności, a dopiero później starać się wykonywać wszystko jak najlepiej.
Wierność pomimo zmęczenia i rozproszeń
Modlitwa ma być stała i nie może zależeć od emocji czy zmęczenia. Jeżeli raz zaniedbamy jakąś praktykę, może się to zdarzyć. Jeżeli jednak zaniedbamy ją dwa razy pod rząd, zaczynamy cofać się w wypracowanym nawyku. Dlatego nawet wtedy, gdy nie chce się modlić, gdy trudno się skupić i wszystko rozprasza, trzeba uklęknąć i przynajmniej próbować.
Podczas modlitwy wielokrotnie pojawiają się roztargnienia. Nie popełniamy grzechu, jeżeli nie są dobrowolne, a my po ich zauważeniu wracamy myślą do Boga. Taka walka może nawet przynieść zasługę, ponieważ człowiek ponawia akt wierności. Jeżeli natomiast dobrowolnie oddalamy się myślą od Boga i świadomie podtrzymujemy obce wyobrażenia, trwając zewnętrznie na modlitwie, może to być grzech lekki.
Roztargnienia należy odpędzać energicznie i wytrwale, ale bez nerwowości. Ważna jest także walka z ich przyczyną. Człowiek dążący do świętości powinien ograniczyć ilość informacji przyswajanych w ciągu dnia. Wszystkie obrazy, wiadomości, filmy i rozmowy zaśmiecają myślenie, pobudzają wyobraźnię i powodują niepotrzebne marzycielstwo. Trzeba się wyciszać przez ograniczenie telewizji, Internetu, liczby filmów, radia i gazet.
Pożądane jest modlitewne wyciszenie przed snem, a nawet przeczytanie fragmentu Pisma Świętego, nad którym następnego dnia chcemy rozmyślać. Warto także zwrócić uwagę na przestrzeń domu. Czy w mieszkaniu wisi krzyż, obraz Najświętszego Serca Pana Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi? Święte wizerunki i figurki pomagają w skupieniu oraz sprawiają, że myśl częściej biegnie ku sprawom Bożym.
Msza Święta, Komunia i sakramentalia
W miarę możliwości należy uczestniczyć jak najczęściej we Mszy Świętej. Jeżeli nie możemy być w kościele, warto często przyjmować Komunię świętą duchowo, czyli wzbudzać pragnienie zjednoczenia z Chrystusem eucharystycznym. Taka Komunia pragnienia nie zastępuje sakramentalnej, gdy można ją przyjąć, ale naprawdę zwraca serce ku Panu Jezusowi obecnemu w Najświętszym Sakramencie.
Msza Święta jako Ofiara Chrystusa jest największym źródłem łask potrzebnych do duchowego postępu. Można zamówić za siebie Mszę Świętą w intencji dojścia do świętości. Liturgia jest szkołą doskonałości: uczy ofiary, posłuszeństwa, uwielbienia, dziękczynienia i zjednoczenia z Chrystusem. Ważne są również częste nawiedzenia Najświętszego Sakramentu i udział w nabożeństwach.
Warto przyjąć szkaplerz, nosić poświęcony medalik św. Benedykta albo Cudowny Medalik. Używanie wody święconej chroni przed złem i pokusami. Sakramentalia nie działają magicznie, lecz jako święte znaki Kościoła wzmacniają człowieka w duchowej bitwie i otwierają go na łaski wypraszane przez modlitwę Kościoła.
Nieodzowne jest regularne korzystanie z sakramentu spowiedzi, przynajmniej raz w miesiącu, oraz nieodkładanie spowiedzi, gdy zdarzy się grzech ciężki. Modlitwa, sakramenty i czyny pobożne sprawiają, że człowiek zaczyna nienawidzić grzechu i wstydzić się go przed majestatem Boga. Wzmacniają duszę i chronią ją przed kolejnymi upadkami.
Pokuta – druga wielka praktyka początkujących
Drugą podstawową praktyką początkujących jest pokuta. Pan Jezus u początku swojej publicznej działalności wołał: „Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!” (Mk 1,15). Powiedział także: „Jeżeli pokutować nie będziecie, wszyscy pospołu zginiecie” (Łk 13,5). Podobnie Matka Boża wołała w Lourdes: „Pokuty, pokuty, pokuty”.
Pokuta jest cnotą nadprzyrodzoną, która prowadzi do obrzydzenia grzechu, mocnego postanowienia unikania go i pragnienia zadośćuczynienia. Człowiek pokutujący robi wszystko, aby unikać także tego, co może do grzechu doprowadzić. Nie pyta jedynie: „Czy to już jest grzech?”, ale również: „Czy to mnie przybliża do Boga, czy osłabia?”.
Pokucie powinna towarzyszyć stała postawa pokory i świadomość własnej grzeszności. Możemy powtarzać za celnikiem: „Boże, miej litość dla mnie, grzesznika!” (Łk 18,13). Nie chodzi o szczegółowe rozpamiętywanie każdego grzechu przeszłości, który został już przebaczony. Takie wracanie może wywoływać nowe pokusy i prowadzić do skrupulanctwa. Chodzi raczej o ogólną świadomość własnej słabości, małości i zdolności do upadku.
Odpusty i akty żalu
W życie pokutne warto włączyć korzystanie z odpustów. Kościół, czerpiąc ze skarbca zasług Chrystusa i świętych, pomaga nam usuwać kary doczesne należne za grzechy już odpuszczone co do winy. Odpusty pobudzają do modlitwy, sakramentów i dzieł miłości, a zarazem uczą, że skutki grzechu wymagają naprawienia.
Często wzbudzajmy akty żalu, najlepiej żalu doskonałego, czyli płynącego z miłości do Boga. Nie trzeba czekać do wieczornego rachunku sumienia. Gdy zauważymy upadek, od razu zwróćmy się do Pana: „Boże, żałuję, że Cię obraziłem, bo jesteś nieskończenie dobry i godny miłości”. Taki akt przywraca właściwy kierunek serca i podtrzymuje czujność.
Codzienne krzyże zamiast niezwykłych praktyk
Ludzie często kojarzą pokutę wyłącznie z ciężkimi czynami, takimi jak biczowanie czy bardzo surowe posty. Tymczasem podstawowymi praktykami pokutnymi są przyjmowanie krzyży codzienności, wierne wykonywanie obowiązków stanu, posty, jałmużna i umartwienia. Wszystkie te czyny należy łączyć z Krzyżem Chrystusa i ofiarowywać Bogu Ojcu przez Niepokalane Serce Maryi.
Św. Teresa z Ávili przypomina: „Wszystko, co my uczynić możemy, niczym jest w porównaniu do jednej kropli krwi, którą Zbawiciel wylał za nas”.
Niesienie krzyża powinno być podejmowane chętnie, ze szczerego serca i w miarę możliwości z radością. Krzyżami są wszelkie niedogodności, cierpienia fizyczne, psychiczne i duchowe. Każdy ma krzyż dostosowany do swoich możliwości i do zamysłu Boga. Pan Bóg nie nakłada ciężarów, których z Jego łaską nie da się unieść.
Cierpliwość wśród doświadczeń jest wspaniałą formą ekspiacji. Powinno jej towarzyszyć wewnętrzne, pokorne przeświadczenie, że własnymi grzechami zasłużyliśmy na ten krzyż. Nie chodzi o chorobliwe poczucie winy, lecz o zgodę na to, że krzyż może stać się sprawiedliwym i miłosiernym środkiem oczyszczenia.
Każdy krzyż, cierpienie, trud, starość, chorobę i niedogodność należy świadomie ofiarować Bogu oraz połączyć z cierpieniem Pana Jezusa na krzyżu. Wtedy cierpienia mogą skracać karę doczesną w czyśćcu, oddawać Bogu uwielbienie, upodabniać do Ukrzyżowanego i zwiększać chwałę w niebie. Pan Jezus powiedział: „Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien” (Mt 10,38).
Obowiązki stanu
Wykonywanie obowiązków stanu jest objawem posłuszeństwa wobec woli Boga. Nierzadko to właśnie one są naszym codziennym krzyżem. Towarzyszy im znużenie, monotonia, a czasem poczucie utraty sensu. Mogą więc stać się ciężkimi krzyżami, choć nie wyglądają spektakularnie.
Obowiązkiem stanu jest trwanie w wierności małżeńskiej, wychowywanie dzieci po katolicku, sumienne wykonywanie pracy, nauka w szkole, troska o osoby powierzone naszej odpowiedzialności. Nie wolno nawet w małym stopniu zaniedbywać obowiązków pod pretekstem pobożności. Droga do świętości prowadzi przez codzienność. Zaniedbanie obowiązków godzi w miłość bliźniego. Pan Bóg dla każdego przewidział inną drogę do świętości, uwarunkowaną powołaniem i konkretnymi zadaniami.
Post
Wiele grzechów pochodzi z nieumiarkowania w jedzeniu i piciu. Dlatego Kościół nakłada określone posty. Nie są one arbitralnym ciężarem, lecz szkołą wolności. Pokazują, że człowiek nie musi spełniać każdego pragnienia ciała i że potrafi podporządkować zmysły wyższemu dobru.
Możemy podejmować także dodatkowe posty, nigdy jednak kosztem zdrowia ani obowiązków stanu. Św. Franciszek Salezy przestrzegał: „Zbytnie osłabienie ciała jest narażaniem się na pokusy”. Nieroztropna surowość może utrudnić modlitwę, pracę i cierpliwość wobec innych.
Współczesnemu człowiekowi często bardziej niż kolejny post od jedzenia przydałby się post od telewizji, komputera, Internetu, gazet i nieustannego strumienia wiadomości. Taki post porządkuje wyobraźnię, odzyskuje czas i przywraca ciszę. Każdy roztropny post hartuje wolę, pomaga odrzucać pokusy, a nawet zmniejsza ich liczbę.
Jałmużna
Kolejnym czynem pokutnym jest jałmużna. Jej pełny sens widać szczególnie wtedy, gdy środki zaoszczędzone dzięki postowi oddajemy potrzebującym. W ten sposób wyrzeczenie nie zatrzymuje się na nas samych, lecz staje się miłością bliźniego. Pismo Święte mówi: „Woda gasi płonący ogień, a jałmużna gładzi grzechy” (Syr 3,30).
Umartwienia i panowanie nad zmysłami
Umartwienia są walką ze zmysłową rozkoszą. Rozkosz sama w sobie nie jest zła. Pan Bóg złączył ją z określonymi obowiązkami, na przykład z jedzeniem czy przekazywaniem życia. Nie jest ona jednak celem samym w sobie, lecz czymś podporządkowanym dobru. Traktowanie rozkoszy jako najwyższego celu jest niebezpieczne i może prowadzić do grzechu.
Umartwienia ćwiczą panowanie woli nad zmysłowością. Wskutek grzechu pierworodnego ciało pragnie rzeczy przyjemnych, lecz niekoniecznie dobrych. Taka jest kondycja upadłej natury. Człowiek nie powinien nienawidzić ciała, ale ma je wychowywać i podporządkowywać rozumowi oświeconemu wiarą.
Formą umartwienia jest skromność zewnętrzna, między innymi odpowiedni i skromny ubiór. Św. Paweł pyta: „Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest przybytkiem Ducha Świętego, który w was jest, a którego macie od Boga, i już nie należycie do samych siebie?” (1 Kor 6,19). Skromność jest wyrazem świadomości godności ciała i szacunku dla innych.
Nawet utrzymywanie porządku w pokoju może pomagać w zachowaniu duchowego ładu w duszy. Zewnętrzny chaos często sprzyja wewnętrznemu rozproszeniu i lenistwu. Małe akty porządku są ćwiczeniem woli i uczą wierności w rzeczach drobnych.
Szczególnie ważne jest umartwianie mowy i słuchu. Słuchanie plotek, rzeczy nieskromnych i niepotrzebnych opowieści rodzi nieprzyzwoite myśli, wyobrażenia, uprzedzenia, kłótnie i niezdrową ciekawość. Umartwienie języka oznacza powstrzymanie się od słów, które nie przynoszą dobra, nawet jeśli mogłyby wywołać zainteresowanie otoczenia.
Nieoceniona jest również umiejętność odrzucania nieczystych lub niewłaściwych myśli i wyobrażeń. Sama pojawiająca się myśl nie jest jeszcze grzechem. Grzechem może stać się jej dobrowolne podjęcie, zatrzymanie i rozwinięcie. Na początku drogi trzeba uczyć się szybkiego odwracania uwagi, modlitwy i unikania źródeł, które takie obrazy podsycają.
Co konkretnie zrobić?
Jeżeli chcemy rzeczywiście wejść na drogę oczyszczenia, warto podjąć kilka konkretnych kroków. Pierwszym mogą być rekolekcje ignacjańskie, które pomagają zobaczyć cel życia, uporządkować wybory i przeprowadzić gruntowny rachunek sumienia. Drugim jest stała modlitwa, szczególnie rozmyślanie, połączona z pokutą i regularną spowiedzią. Trzecim jest ułożenie katolickiego planu dnia opartego na dwóch filarach, wiernym wypełnianiu obowiązków i krótkich zwrotach do Boga w ciągu dnia.
Nie chodzi o stworzenie idealnego planu na jeden tydzień. Chodzi o cierpliwe zbudowanie sposobu życia, w którym łaska uświęcająca jest strzeżona, grzech zwalczany, modlitwa stała, a codzienność ofiarowana Bogu. W ten sposób statek naprawdę zmienia kierunek. Człowiek przestaje płynąć ku przepaści i kieruje się ku portowi, którym jest sam Bóg.