✠ VII Piesza Pielgrzymka Tradycji – 3 października 2026.  Dołącz do nas
Nauki pielgrzymkowe · Anno Domini 2023

Droga dziecięctwa duchowego

ks. dr Kamil Mielniczuk

Kazania i konferencje wygłoszone podczas IV Pieszej Pielgrzymki Tradycji do Sanktuarium Matki Bożej Kębelskiej w Wąwolnicy – 14 października 2023.

Droga dziecięctwa duchowego

Wąwolnica 2023

KAZANIE – WPROWADZENIE DO PIELGRZYMKI

Dzisiaj staje przed nami Pan nasz Jezus Chrystus i głośno pyta każdego z nas: „Za kogo uważacie Syna Człowieczego?”. To pytanie nie jest skierowane wyłącznie do Apostołów ani tylko do ludzi, którzy przed wiekami słuchali Ewangelii. Ono jest skierowane dzisiaj do mnie i do ciebie. Za kogo uważasz Pana Jezusa? Za kogo uważasz Boga w Trójcy Jedynego? Jaki obraz Boga nosisz w sercu? Odpowiedzi mogą być bardzo różne, a od tej odpowiedzi zależy całe nasze życie duchowe.

Dla jednego człowieka Pan Bóg będzie przede wszystkim surowy i twardy. Będzie kimś, kto z wysokości nieba obserwuje każdy krok człowieka, czeka na złamanie zasad, a potem natychmiast wymierza karę. Taki człowiek myśli o Bogu przede wszystkim jako o Sędzim, który chce wtrącić grzesznika do piekła, gdzie – jak sobie wyobraża – trafia większość ludzi. Taką wizję nosi w sobie wielu. Tłumaczą ją prawdą, że Pan Bóg jest sprawiedliwy i że o Bożej sprawiedliwości nie wolno zapomnieć. To prawda: Bóg jest sprawiedliwy. Nie można jednak zatrzymać się tylko na tej jednej prawdzie, ponieważ wtedy obraz Boga staje się zniekształcony.

Dzisiejszy patron, św. Kalikst, swoimi decyzjami pokazał, że Bożej sprawiedliwości nie wolno oddzielać od Bożego miłosierdzia. To on umożliwił podjęcie pokuty kościelnej i otrzymanie rozgrzeszenia tym grzesznikom, których wcześniej wykluczano od pokuty kościelnej i pozostawiano wyłącznie sądowi Bożemu. Nie oznaczało to lekceważenia grzechu. Oznaczało natomiast uznanie, że nawet wielki grzesznik może się nawrócić, pokutować i otrzymać przebaczenie. Pan Bóg nie jest tyranem, który cieszy się z upadku człowieka. Jest sprawiedliwym Sędzią, ale zarazem Ojcem, który szuka grzesznika i pragnie jego powrotu.

Istnieje jednak także druga, przeciwna skrajność. Wielu ludzi, również we współczesnym Kościele, powtarza, że Bóg jest miłosierny, a następnie wyciąga z tego wniosek, że można Go traktować jak dobrego kumpla. Z kumplem poklepiemy się po plecach, pośmiejemy z naszych przewinień i wspólnie zaśpiewamy religijną piosenkę: „Bóg kocha mnie takiego, jakim jestem, raduje się każdym moim gestem”. W takim obrazie Bóg rzekomo raduje się nawet wtedy, gdy grzeszę. Grzech przestaje być dramatem, świętość Boża przestaje budzić cześć, a miłosierdzie zostaje pomylone z pobłażliwością. To również nie jest prawdziwy obraz Boga.

Nie zawsze tak zwany złoty środek jest najlepszą odpowiedzią. Pan Jezus wielokrotnie wzywał do postawy radykalnej. Jednak w tym przypadku musimy jednocześnie zachować dwie prawdy: w Panu Bogu istnieje doskonała sprawiedliwość i doskonałe miłosierdzie. Nie są to dwie siły walczące ze sobą. Nie jest tak, że sprawiedliwość Boga chce nas potępić, a miłosierdzie próbuje nas uratować. W Bogu wszystko jest jednym, doskonałym i świętym działaniem. To my, próbując połączyć tajemnicę grzechu, Bożej sprawiedliwości i Bożego miłosierdzia, możemy czuć się zagubieni. Możemy pytać: jak to wszystko ze sobą połączyć? Jak z jednej strony poważnie traktować grzech, a z drugiej nie popaść w rozpacz? Jak bać się obrazić Boga, a równocześnie ufać Jego miłości?

Odpowiedź znajdujemy w kolekcie dzisiejszej liturgii:

„Boże, który widzisz, że upadamy wskutek swojej ułomności, odnów w nas litościwie miłość ku Tobie przez przykłady Twoich Świętych”.

Ta modlitwa mówi prawdę o nas: upadamy wskutek własnej ułomności. Nie jesteśmy doskonali. Jesteśmy słabi, podatni na grzech, niestali i często niewierni. Jednocześnie modlitwa nie prowadzi do rozpaczy, lecz prosi Boga, aby litościwie odnowił w nas miłość ku Niemu. A drogą do tego odnowienia mają być przykłady świętych.

Wyruszając z pielgrzymką do Matki Bożej w Wąwolnicy, będziemy wpatrywać się w przykłady świętych i sług Bożych, którzy doskonale zrozumieli, jak połączyć świadomość tego, czym jest grzech, prawdę o Bożej sprawiedliwości oraz ufność w Miłosierdzie Boże. Będziemy patrzeć przede wszystkim na św. Teresę od Dzieciątka Jezus i na sługę Bożego Marcela Vana. Oni nie bagatelizowali grzechu. Przeciwnie, pragnęli ratować grzeszników, modlili się za dusze zagrożone potępieniem, składali ofiary za kapłanów i misje. Jednocześnie nie żyli w lęku przed Bogiem. Odkryli w Nim Ojca, który pochyla się nad małym, słabym dzieckiem.

Wsłuchajmy się więc uważnie w dzisiejsze konferencje. Zobaczymy, że Bóg nie jest ani tyranem, ani pobłażliwym kumplem. Bóg chce naszej pokory, czyli prawdziwej świadomości własnej grzeszności i słabości. Chce jednak również wielkiego zaufania, że On nas kocha, pragnie naszego zbawienia i jest gotów podnosić nas po każdym upadku. Tą drogą jest droga dziecięctwa duchowego: droga prawdy, pokory, ufności i miłości.

KONFERENCJA I · Trzy postawy wobec Boga: niewolnik, najemnik i dziecko

O św. Teresie od Dzieciątka Jezus i o jej małej drodze mówić nie jest łatwo, ponieważ bardzo łatwo można zostać źle zrozumianym. Jedni słysząc o dziecięctwie duchowym, wyobrażają sobie pobożność sentymentalną, miękką i pozbawioną wymagań. Inni przeciwnie: boją się, że mówienie o Bożej miłości i ufności osłabi świadomość grzechu, sądu i konieczności pokuty. Dlatego zanim zaczniemy mówić o praktyce małej drogi, musimy postawić pytanie: dlaczego w ogóle trzeba dążyć do dziecięctwa duchowego? Czy jest to jedynie jedna z wielu możliwych duchowości, przeznaczona dla ludzi o określonym charakterze, czy też chodzi o coś koniecznego dla każdego chrześcijanina?

Postać dziecka zajmuje w nauczaniu Pana Jezusa miejsce szczególne. Warto przypomnieć Jego stanowcze słowa:

„Zaprawdę powiadam wam: jeśli się nie nawrócicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa Bożego”.

„Zaprawdę, powiadam wam: kto nie przyjmie Królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego”.

Pan nasz Jezus Chrystus mówi również do Nikodema o konieczności ponownego narodzenia się z Ducha. Wszystkie te słowa pokazują, że bez ducha dziecięctwa nie można się zbawić. Nie chodzi oczywiście o zdziecinnienie, niedojrzałość, brak odpowiedzialności czy ucieczkę od trudów życia. Chodzi o właściwą postawę stworzenia wobec Stwórcy, odkupionego człowieka wobec Ojca, który jest w niebie. Cóż zatem znaczy być dzieckiem Bożym?

Odpowiedź na to pytanie była trudna zarówno w czasach św. Teresy, jak i jest trudna dzisiaj. Jej epoka była wciąż naznaczona wpływem jansenizmu. Choć jansenizm został potępiony, jego duch pozostawał żywy. Boga przedstawiano jako bardzo surowego, odległego i niemal nieprzebłagalnego. Człowiek miał się Go przede wszystkim lękać, czuć się niegodny zbliżenia, a przyjęcie Komunii Świętej mogło jawić się jako przywilej prawie niedostępny dla zwykłych dusz. Na takim tle propozycja św. Teresy – całkowita ufność w miłość Ojca – była prawdziwym wstrząsem.

Również dzisiaj w niektórych środowiskach przywiązanych do Tradycji może odzywać się duch podobny do jansenizmu. Można tak mocno akcentować karę, sąd, niegodność i zagrożenie potępieniem, że człowiek zaczyna bać się Boga zamiast bać się grzechu. Mała droga dziecięctwa duchowego jest wtedy lekarstwem. Nie usuwa ona prawdy o grzechu, ale przywraca prawdziwy obraz Ojca.

Jednocześnie we współczesnym Kościele wahadło przesunęło się bardzo daleko w przeciwną stronę. Grzech i świętość Boga bywają lekceważone. Mówi się o miłosierdziu tak, jakby nawrócenie nie było już konieczne. Ktoś mógłby więc fałszywie przedstawić św. Teresę jako prekursorkę myślenia, że wszyscy bez względu na życie na pewno się zbawią, że grzech jest czymś nieistotnym i że nie trzeba z nim zrywać. Nie jest to jej nauka i nie jest to jej spojrzenie na Boże miłosierdzie.

Papież Pius XI nazwał Teresę „Słowem Bożym w naszych czasach” oraz „Mistrzynią życia duchowego”. Święta nie przynosiła nowej Ewangelii ani nowej nauki. Sięgnęła do samego serca Ewangelii i przypomniała miłość Boga, który pochyla się nad człowiekiem. Pius XII mówił o tej drodze: „Ta droga wytyczona przez Ducha Świętego odpowiada zarówno uczonym, jak i tym, którzy jak apostołowie odpowiedzialni są za dusze, jak również małym i nieuczonym”. Mała droga nie jest więc przeznaczona tylko dla jednego rodzaju dusz. Jest ewangeliczną szkołą postawy wobec Boga.

Aby zrozumieć własną postawę wobec Pana Boga, warto przeprowadzić uczciwy duchowy test. Diabeł wie, że człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo Boże. Dlatego od początku próbuje wypaczyć w człowieku obraz Boga. Gdy obraz Ojca zostanie zniekształcony, zmienia się także cała postawa człowieka wobec Niego. Widać to już w raju. Po grzechu Adam i Ewa ukrywają się przed Bogiem. Wcześniej przebywali z Nim w zażyłości, teraz widzą w Nim zagrożenie. Grzech zmienia obraz Boga, rodzi podejrzliwość i lęk.

Św. Teresa mówiła, że nawet gdyby popełniła wszystkie możliwe grzechy, udałaby się do Boga i rzuciła w Jego miłosierne ramiona. Nie znaczy to, że lekceważyła grzech. Jej odkrycie małej drogi nie prowadziło do obojętności. Podejmowała działania, aby ratować grzeszników, ponieważ wiedziała, że są na drodze prowadzącej do piekła. Modliła się za kapłanów i misje, aby ludzie mogli zbawić swoje dusze. Właśnie dlatego warto przywołać trzy możliwe postawy wobec Boga: postawę niewolnika, najemnika i dziecka. W każdym z nas mogą występować elementy wszystkich trzech. Chodzi o to, aby rozpoznać, co w nas dominuje, i pozwolić Duchowi Świętemu przeprowadzić nas ku postawie dziecka.

  1. Niewolnik

Najpierw przyjrzyjmy się postawie niewolnika. Od razu trzeba zaznaczyć, że nie chodzi tutaj o oddanie się w niewolę Najświętszej Maryi Pannie, o którym mówią święci. Niewola miłości wobec Matki Bożej jest aktem serca, porywem miłości i całkowitym zawierzeniem. Tutaj słowo „niewolnik” oznacza człowieka, który służy Bogu wyłącznie pod przymusem i ze strachu.

Niewolnik w głębi serca nienawidzi swojego pana. Może tej nienawiści nie wyrażać, może nawet unikać jej uświadomienia, lecz nosi ją w sobie. Podobnie człowiek o niewolniczej postawie wobec Boga wie, że Pan Bóg jest sprawiedliwym Sędzią, wszystko widzi, wszystko wie i wyciągnie konsekwencje z każdego czynu. Podejmuje więc pewne praktyki religijne, lecz robi to dlatego, że czuje nad sobą bat. Myśli: jeśli nie będę się modlił, jeśli nie pójdę czasem do kościoła, jeśli nie wykonam tego czy tamtego, Pan Bóg mnie ukarze.

Czasami ktoś zasadniczo nie praktykuje, ale od czasu do czasu musi w jego życiu pojawić się coś religijnego. Nie dlatego, że tęskni za Bogiem, lecz dlatego, że boi się kary. Podejmuje modlitwę, aby nie oblać egzaminu, aby ktoś bliski nie zachorował albo aby nie spotkało go jakieś nieszczęście. Religijność staje się próbą załagodzenia Boga, który rzekomo czyha, by uderzyć człowieka.

Jeżeli ktoś przez lata żyje z takim obrazem Boga, w głębi duszy zaczyna pragnąć uwolnienia od tego oprawcy. Najbardziej ucieszyłaby go wiadomość, że Boga nie ma. Wtedy zniknąłby przymus, nie byłoby już tyrana, który go ciemięży, ocenia i grozi karą. Taka postawa ma niewiele wspólnego z nauczaniem Pana Jezusa, który objawia nam Ojca.

Nie możemy jednak powiedzieć, że lęk jest zawsze i w stu procentach zły. Może stać się punktem wyjścia do pięknego życia duchowego. Czasem pierwszym impulsem do nawrócenia jest właśnie strach przed konsekwencjami grzechu. Św. Jan od Krzyża w „Pieśni duchowej” przywołuje słowa Pierwszego Listu św. Piotra, że sprawiedliwy z trudem się zbawi. Świadomość sądu może popchnąć duszę w ramiona Umiłowanego. Punktem wyjścia jest wtedy prawda, że Bóg może potępić, lecz człowiek stopniowo odkrywa Jego miłosierne ręce.

Św. Teresa z Avila sama przyznawała, że wstąpiła do klasztoru także dlatego, iż bała się potępienia. Był to pierwszy motyw podjęcia życia duchowego. Innym ważnym doświadczeniem stała się dana jej wizja piekła. Znowu pojawił się strach, lecz ten strach nie zamknął Teresy w niewolnictwie. Przerodził się w wielką zażyłość z Panem Bogiem, wdzięczność za ocalenie oraz gorliwość w ratowaniu dusz.

Strach może jednak przynieść również skutek przeciwny. Człowiek może zapragnąć pozbyć się Boga, którego obecność staje się dla niego ciężarem. Zaczyna szukać argumentów, które przekonają go, że Boga nie ma. Wtedy może powiedzieć sobie: teraz „hulaj dusza”, bo nie ma już nikogo, kto osądzi moje czyny.

Można spotkać ludzi, którzy chodzili do spowiedzi z ogromnymi nerwami, ponieważ bali się kary Bożej. Przyszła pandemia, zamknięto kościoły i nagle okazało się, że gdy nie idą na Mszę Świętą i do spowiedzi, nie spada na nich natychmiast żadne widzialne nieszczęście. Taka osoba z ulgą i radością zarzuciła praktyki religijne, czując się wreszcie uwolniona. Nie porzuciła miłości, bo tej miłości wcześniej nie było; porzuciła ciężar. Wszystko zaczęło się od fundamentalnego błędu: od postawy niewolnika.

Warto więc zapytać siebie: czy modlę się dlatego, że kocham Boga, czy przede wszystkim dlatego, że boję się, iż mnie ukarze? Czy spowiedź jest dla mnie powrotem do Ojca, czy tylko sposobem uniknięcia kary? Czy w głębi serca cieszę się z bliskości Boga, czy raczej odczuwam ulgę, gdy mogę o Nim nie myśleć? Odpowiedź może być bolesna, ale prawda jest początkiem uzdrowienia.

  1. Najemnik

Drugą postawą jest postawa najemnika, czyli handlarza. Najemnik nie służy wyłącznie ze strachu. On oczekuje zapłaty. Jego zasada brzmi: „coś za coś”. W głowie nosi przekonanie, że w życiu nie ma nic za darmo, dlatego również zbawienie trzeba sobie kupić. Wchodzi z Bogiem w handel.

Pan Bóg staje się partnerem handlowym. Człowiek daje Mu pewną liczbę modlitw, różańców, postów i dobrych uczynków, a Bóg – jak sądzi najemnik – jest zobowiązany wypłacić określoną należność. Skoro odmówiłem tyle różańców, odbyłem tyle pielgrzymek, dałem tyle ofiar, to Pan Bóg musi dać mi zdrowie, powodzenie, rozwiązanie problemu czy w końcu zbawienie. Przypomina to stosunek pracownika do pracodawcy: jeśli wykonałem pracę, wynagrodzenie nie jest łaską, lecz należnością.

Postawa handlowa prowadzi w końcu do myśli, że to ja sam siebie zbawiam. Ja zapracowałem, a Pan Bóg ma jedynie wypłacić należność. W sercu pojawia się roszczenie: „Musisz mi dać, bo tyle zrobiłem. Łaski mi nie czynisz, to wynika ze sprawiedliwości”. Prawdą jest, że Pan Bóg nagradza dobre uczynki. Prawdą jest, że modlitwa, pokuta i wierność mają ogromne znaczenie. Błąd polega na złym rozłożeniu akcentów.

Nasze uczynki są ważne, ale inicjatywa zawsze należy do Boga. Nie jest tak, że cokolwiek z natury należy nam się od Boga. Gdyby nie Jego łaska, wszystkie nasze modlitwy i dobre czyny nie miałyby wartości prowadzącej do życia wiecznego. To Pan Bóg pierwszy nas stworzył, pierwszy umiłował, pierwszy powołał, pierwszy udzielił łaski, dzięki której możemy odpowiedzieć. On jest Tym, który działa w nas i nas uświęca.

Postawa najemnika jest bardzo niebezpieczna właśnie dlatego, że na zewnątrz może wyglądać poprawnie. Człowiek się modli, spełnia praktyki, może być gorliwy i wymagający. Jednak jeżeli akcent pada przede wszystkim na jego własne działanie, powtarza się pokusa z raju. Wąż powiedział Adamowi i Ewie: „będziecie jak Bóg”. Nie przez napełnienie się łaską, która przemienia człowieka i czyni go uczestnikiem życia Bożego, lecz przez pójście własną drogą i samodzielne zdobycie bóstwa. To kłamstwo powraca w życiu duchowym, gdy człowiek chce sam wyprodukować własną świętość.

Roszczeniowe przekonanie, że coś mi się należy, jest dzisiaj bardzo częste. Podobnie jak niewolniczy lęk może ono zostać oczyszczone i przerodzić się w coś dobrego. Może jednak prowadzić do głębokiej frustracji, ponieważ Pana Boga nie da się zmanipulować. Ojciec daje dziecku to, co uważa za najlepsze, a nie zawsze to, czego dziecko się domaga.

Stąd biorą się słowa: „Tyle się modliłem, tyle prosiłem, a Pan Bóg nie dał mi tego, o co prosiłem. Zatem mnie nie kocha albo w ogóle Go nie ma”. Taka reakcja odsłania, że modlitwa była w istocie transakcją. Człowiek nie przyszedł do Ojca, lecz do urzędnika, od którego chciał wyegzekwować świadczenie. Kiedy świadczenia nie otrzymał, zerwał umowę.

Inni dochodzą stopniowo do dojrzalszego zrozumienia. Odkrywają, że nie wszystko zależy od nich, że ich dobre uczynki są odpowiedzią na łaskę Bożą i przygotowują ich do przyjęcia kolejnych łask, lecz Tym, który naprawdę uświęca, jest Bóg. Nie oznacza to bierności. Dziecko nie przestaje współpracować z Ojcem. Czyni jednak dobro nie po to, aby zmusić Boga, lecz dlatego, że zostało umiłowane.

Trzeba tu uniknąć jeszcze jednego błędu. Dla Lutra łaska Boża bywa przedstawiana jako zakrycie czegoś całkowicie zepsutego, jak przykrycie sterty śmieci. Człowiek pozostaje zgnilizną, lecz zostaje zewnętrznie osłonięty. Z tego może wynikać fałszywa zasada: grzesz, ile chcesz, bylebyś wierzył. U św. Teresy nie ma niczego podobnego. Boża miłość nie tylko zasłania grzesznika, lecz go przemienia. Miłosierdzie nie daje pozwolenia na trwanie w grzechu, ale podnosi i uzdalnia do świętości.

Warto więc zapytać: czy moja modlitwa jest rozmową dziecka z Ojcem, czy rachunkiem wystawianym Bogu? Czy obrażam się, gdy Bóg nie spełnia moich próśb? Czy uważam, że moje praktyki czynią mnie lepszym od innych i dają mi prawo do szczególnego traktowania? Najemnik może być bardzo pracowity, lecz dopóki nie odkryje darmowości miłości, nie zazna pokoju dziecka.

  1. Dziecko

Trzecia postawa – postawa dziecka – jest tą, do której powinniśmy dążyć. Dziecko odpowiada miłością na miłość. Nie działa wyłącznie ze strachu i nie próbuje kupić tego, co konieczne. Wie, że wszystko otrzymuje od rodziców, a jego odpowiedzią jest zaufanie i miłość.

Podstawą tej postawy jest pokora: wszystko, co mam, pochodzi od Boga. Prowadzi to do ubóstwa duchowego, czyli do niewidzenia w otrzymanych darach wyłącznie własnej zasługi. Dziecko nie musi przekupywać rodziców, aby otrzymać jedzenie, wychowanie, opiekę i miłość. Rodziców nie trzeba zmuszać, aby troszczyli się o swoje dziecko. Pan Jezus mówi:

„Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, da to, co dobre, tym, którzy Go proszą” (Mt 7,11).

Dziecko mówi: Bóg da mi wszystko, czego naprawdę potrzebuję. To jest zaufanie. Odpowiadam miłością nie dlatego, że mi się to opłaca, ale dlatego, że On pierwszy mnie ukochał, i to ukochał mnie pomimo mojej nędzy.

Zapewne każdy z nas znajdzie w sobie elementy wszystkich trzech postaw. Czasem zachowujemy się jak niewolnicy, czasem jak najemnicy, a czasem naprawdę jak dzieci. Nie trzeba się zrażać, jeżeli dwie pierwsze postawy są jeszcze mocno obecne. Duch Święty działa w duszy, jeśli Mu się poddajemy. Ważne, aby widzieć kierunek i pozwolić Bogu oczyszczać nasze motywy.

Jakie jest dziecko? Jest małe, słabe i ubogie. Całą nadzieję pokłada w rodzicach, o których wie, że je kochają i których ono całym sercem kocha. W tym prostym obrazie zawarta jest wskazówka dotycząca naszego dziecięctwa duchowego. W życiu duchowym musimy nauczyć się trzech rzeczy: stać się małymi, zupełnie zaufać Bogu i pokochać Go całym sercem.

Stać się małym

Jeżeli chcesz być kochanym dzieckiem Boga, musisz przede wszystkim stać się małym we własnych oczach, czyli pokornym. Trzeba stanąć w prawdzie, że wszystko, co posiadasz, pochodzi od Boga, a sam z siebie jesteś mizernym prochem. Nie oznacza to pogardy dla siebie ani rozpaczy. Przeciwnie, widząc własną nędzę, łatwiej stać się małym i pokornym.

Św. Teresa od Dzieciątka Jezus mówiła:

„Nie smucę się, gdy widzę się słabą. Przeciwnie, w słabości błogosławię i codziennie staram się nowe niedoskonałości w sobie odkrywać. Przyznaję, że to poznanie mojego nicestwa więcej radości mi sprawia niż jakiekolwiek oświecenie w wierze”.

Zwykle ludzie nie chcą znać własnych słabości. Wolą czuć swoją siłę. Zwłaszcza gdy w życiu wewnętrznym wszystko idzie dobrze, gdy modlitwa przychodzi łatwo, a pokusy są szybko oddalane, zaczynają uważać się za mocnych. W rzeczywistości przypisują sobie to, co działa w nich łaska Boża. Kiedy zaś łaska przestaje ich czule unosić, gdy pojawia się oschłość, rozproszenia albo upadek, frustrują się i zniechęcają. To objaw pychy.

Czego brakuje? Poznania siebie. Kto naprawdę zna siebie, nie dziwi się własnym upadkom i nie popada z ich powodu w rozpacz. Dusza mała i pokorna może nie umieć przetrwać całej Mszy Świętej w doskonałym skupieniu, może doświadczać licznych rozproszeń na modlitwie, ale woła za św. Teresą: „Widzisz, Boże, że nic nie mogę. Bądź Ty moją siłą”. Nie usprawiedliwia zaniedbania, lecz oddaje swoją bezsilność Bogu.

Zupełnie zaufać Bogu

Z poznaniem własnej słabości małe dusze łączą nieograniczone zaufanie do Boga. Gdyby dziecko było zdane wyłącznie na siebie, jego położenie byłoby tragiczne. Ono jednak najbezpieczniej czuje się w domu, ponieważ wie, że otrzyma wszystko, czego potrzebuje. Podobnie my, idąc drogą dziecięctwa Bożego, powinniśmy całą ufność pokładać w Bogu.

Na widok cudów miłości Boga św. Teresa wołała:

„Obym wszystkim opowiedzieć mogła, że miłość Twa nie zna granic. Jak w tym nadmiarze miłości serce moje nie miałoby do Ciebie uciec? Jak mogłaby moja ufność ku Tobie mieć jakieś granice?”.

Nic tak nie podoba się Bogu i nic tak nie otwiera duszy na przyjęcie Jego łask jak nieograniczona ufność. Nie chodzi o zuchwałość ani przekonanie, że można grzeszyć bez konsekwencji. Chodzi o pewność, że żaden upadek, żadna słabość i żadna nędza nie są większe od miłosierdzia Ojca, jeśli tylko człowiek wraca z żalem. Tu tkwi tajemnica powodzenia i rozkwitu małych dusz. Stąd płyną najcenniejsze łaski i największe korzyści.

Pokochać Boga całym sercem

Istotą relacji dziecka do Ojca jest miłość. Miłość była całą treścią i duszą życia św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Wszystko kończyło się u niej jednym pragnieniem:

„O mój Jezu, jakbym Cię tak kochać chciała, jak jeszcze nigdy człowiek Cię nie kochał”.

Św. Teresa nie ograniczała miłości do uczuć. Praktykowała ją w sposób konkretny. Wszystko robić dla Pana Jezusa, wszystko dla Niego chętnie znosić, zapominać o sobie, przy każdej sposobności składać choćby najmniejszą ofiarę, aby sprawić Mu radość – oto prawdziwa i szczera miłość dziecka Bożego. Mała droga nie polega na robieniu rzeczy mało ważnych. Polega na czynieniu małych rzeczy z wielką miłością.

Kiedy przyglądamy się drodze dziecięctwa duchowego, tak prostej i bezpośrednio prowadzącej do Boga, powinno zrodzić się w nas pragnienie, aby nią iść. Zwykle gdy słyszymy o wielkich rzeczach życia wewnętrznego, podziwiamy je, ale czujemy, że przekraczają nasze siły. Tutaj jest inaczej. To, o czym mówimy, jest właśnie dla nas.

Nasza słabość nie jest przeszkodą dla małej drogi. Przeciwnie, stanowi jej część. Właśnie ta słabość ma stać się naszą siłą. Właśnie z powodu naszej słabości Bóg chce jeszcze bardziej się nami zajmować i opiekować. Jak dobry, kochający Ojciec chce nas nie tylko prowadzić, lecz także wziąć na ręce i nieść. Spróbujmy więc wejść na tę drogę. Stańmy się mali, ufni i kochający. Stańmy się jak dzieci.

KONFERENCJA II · Sługa Boży Marcel Van – mała droga przeżyta do końca

Droga dziecięctwa duchowego nie jest związana wyłącznie ze św. Teresą od Dzieciątka Jezus. Doskonałym przykładem duszy prowadzonej tą drogą jest również sługa Boży Marcel Van, wietnamski brat redemptorysta. Jego życie pokazuje, że dziecięctwo duchowe nie jest naiwną ucieczką od cierpienia. Może ono prowadzić przez upokorzenia, niespełnione pragnienia, więzienie, tortury i śmierć, a jednak zachować serce pełne ufności i miłości.

Marcel Van urodził się 15 marca 1928 roku w wietnamskiej wiosce. Wychowywał się w środowisku katolickim i już we wczesnym dzieciństwie zapragnął zostać kapłanem. Matka zawiozła siedmioletniego Vana do miasta i powierzyła go opiece proboszcza parafii, przy której znajdowała się bursa dla chłopców pragnących wstąpić do seminarium. Van był wśród nich najmłodszy. Jego gorliwość szybko zaczęła wzbudzać zazdrość starszych kolegów, a nawet stała się przyczyną cierpienia.

Katecheta, widząc, że chłopiec często odmawia różaniec, wyrwał mu go z wściekłością. Van próbował więc radzić sobie inaczej. Zrobił sznurek z dziesięcioma supełkami, lecz i ten został mu odebrany. Następnie nosił w kieszeni dziesięć ziaren fasoli i przekładał je z jednej kieszeni do drugiej, aby nie pomylić się przy odliczaniu „Zdrowaś Maryjo”. Również ten sposób mu uniemożliwiono. Po latach wspominał:

„Pozostało mi więc już tylko moje dziesięć palców. Byłem pewien, że nawet gdyby mi przyszło stracić je wszystkie, nie przestałbym Maryi okazywać miłości przez odmawianie różańca”.

Już ten epizod pokazuje dziecięcą prostotę Vana. Nie prowadził uczonych dyskusji o modlitwie. Chciał po prostu okazywać miłość Maryi i szukał każdego możliwego sposobu, aby pozostać wiernym.

Po pięciu latach ciężkiej pracy służącego oraz znoszenia licznych upokorzeń Van nie wytrzymał i uciekł. Przez kilka tygodni błąkał się głodny i zrozpaczony. Wzywał na pomoc swojego Anioła Stróża i Matkę Najświętszą. W końcu wrócił do rodzinnego domu. Nie spotkał się jednak z serdecznym przyjęciem; matka czyniła mu wyrzuty z powodu ucieczki.

Po dziewięciu miesiącach nieobecności Van ponownie wrócił do miasta. Sytuacja w bursie nie uległa poprawie. Katecheci nadal znęcali się nad małymi chłopcami, a ponadto na ich oczach utrzymywali stosunki seksualne z dziewczętami z pobliskich wiosek. Van nie odpowiedział nienawiścią. Zebrał kilku chłopców i potajemnie spotykali się w lesie na modlitwie w intencji nawrócenia katechetów. Jeden z chłopców okazał się jednak zdrajcą. Wszystkie dzieci, a szczególnie Van, zostały za karę dotkliwie pobite.

W styczniu 1942 roku Van mógł wreszcie wstąpić do niższego seminarium duchownego prowadzonego przez ojców dominikanów. Czuł się wśród nich dobrze i był szczęśliwy, że jego pragnienie kapłaństwa zaczyna się spełniać. Jednak w miarę, jak zagłębiał się w literaturę mistyczną i żywoty świętych, w jego sercu rodziły się niepokój i zniechęcenie.

Czytał o surowej ascezie, długich postach, wielkich umartwieniach i heroicznych czynach. Nie czuł się zdolny podążać taką drogą, a skoro nie potrafił naśladować tych praktyk, uznał, że nie jest zdolny zostać świętym. Znowu znalazł się blisko rozpaczy. Doszło do tego, że nie mógł patrzeć ani na święte obrazy, ani na święte książki, ponieważ przypominały mu o ideale, którego – jak sądził – nigdy nie osiągnie.

Ucieczką stała się dla niego modlitwa do Matki Bożej. Obiecał Jej, że podejmie jeszcze jedną, ostatnią próbę i przeczyta książkę, którą Ona sama mu wskaże. Rozłożył na stole wszystkie żywoty świętych znalezione w zakonnej bibliotece, wymieszał je i z zamkniętymi oczami sięgnął po jedną książkę.

W ręku trzymał „Dzieje duszy” św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Zdążył przeczytać zaledwie dwie strony, gdy z jego oczu popłynęły strumienie łez, zalewając pożółkłe kartki. Do jego duszy dotarł sekret nieskończonej miłości Boga, który zniża się do słabego człowieka. Van zrozumiał, że świętość nie polega na naśladowaniu wszystkich nadzwyczajnych czynów innych świętych, lecz na całkowitym oddaniu siebie Bogu w takim stanie, w jakim człowiek się znajduje.

Odkrył „małą drogę”. Przez całą noc modlił się do św. Teresy, prosząc, aby została jego przewodniczką. O świcie pobiegł na pobliskie wzgórze, sam nie wiedząc, skąd w jego sercu wzięła się tak wielka radość. Wtedy usłyszał:

„Van, Van, braciszku mój! Mam na imię Teresa i jestem tu po to, aby odpowiedzieć na twoją modlitwę, która poruszyła moje serce. Będziesz moim młodszym bratem, ponieważ sam wybrałeś mnie na swoją starszą siostrę. Odtąd nasze dusze staną się jedną duszą zanurzoną w miłości Bożej”.

Tak rozpoczęło się piętnastoletnie braterstwo dwóch dusz żyjących w dwóch różnych światach, lecz połączonych tym samym powołaniem do świętości na małej drodze. Św. Teresa dała Vanowi niezwykle cenną wskazówkę:

„Nie bój się poufałości z Bogiem. Opowiadaj Mu o wszystkim, o czym tylko zechcesz: o zabawie z kolegami, o przyrodzie, o twoich przypływach złości, o łzach i małych przyjemnościach. Bóg pragnie, abyśmy otwierali przed Nim nasze małe, biedne serca, które wyszły z Jego stwórczych rąk. Ofiaruj Mu zarówno radości, jak i cierpienia”.

Ta poufałość nie jest brakiem czci. Dziecko szanuje ojca, ale jednocześnie mówi mu o wszystkim. Nie udaje przed nim kogoś innego. Nie ukrywa drobnych radości, złości, łez i słabości. Dziecięctwo duchowe oznacza właśnie taką prawdę przed Bogiem.

Van nadal bardzo pragnął kapłaństwa. Było to pragnienie piękne i szlachetne, lecz również ono musiało zostać oddane Bogu. Św. Teresa przekazała mu słowa o Bożym planie:

„Van, to, co ci powiem, zapewne cię zasmuci. Bóg dał mi poznać, że nie zostaniesz księdzem, ale masz duszę kapłańską. Bogu bardzo podoba się twoje pragnienie. Nie przyjmiesz święceń dlatego, abyś mógł prowadzić życie ukryte, w którym będziesz misjonarzem przez modlitwę i ofiarę, podobnie jak ja kiedyś… Twoim powołaniem na wieki będzie ukryty apostolat miłości. Bóg pragnie, abyś wstąpił do Zgromadzenia Redemptorystów”.

Była to dla Vana bardzo trudna próba. Małe dziecko Boże nie jest człowiekiem pozbawionym własnych pragnień. Ono jednak uczy się składać je w ręce Ojca. W 1944 roku Van został przyjęty do wspólnoty redemptorystów w Hanoi. Początkowo zaproponowano mu podjęcie studiów teologicznych. Odmówił przełożonemu, mówiąc wprost: „Bóg nie chce, abym został księdzem”.

Rezygnacja z marzeń i planów była bolesna, zwłaszcza że przełożony postawił przed nim ultimatum: albo wstąpi do seminarium, albo będzie musiał wrócić do rodzinnego domu i czekać trzy lata na przyjęcie do klasztoru jako brat. Dopiero interwencja matki u przełożonego redemptorystów sprawiła, że po trzech miesiącach szesnastoletni Van został przyjęty do postulatu. Otrzymał imię Marcel i skierowano go do pracy w kuchni.

Niedługo potem rozpoczęły się jego wewnętrzne rozmowy z Panem Jezusem. W pamiętniku napisał:

„To było podczas popołudniowego milczenia, w godzinie, kiedy Jezus konał na krzyżu. Byłem zajęty przygotowywaniem mąki do wypieku ciasta i rozważaniem w sercu miłości cierpiącego Jezusa, gdy nagle poczułem w duszy wyraźną zmianę. Zdałem sobie sprawę, jak bardzo blisko mnie jest Bóg i jak bardzo mnie kocha, a odczucie tej miłości wprawiło mnie w stan wielkiej radości. I nagle usłyszałem łagodny głos: «Marcel, czy Mnie miłujesz?» – Tak, mój Boże, bardzo Cię kocham. Poza Tobą nikogo nie kocham tak mocno. Bardzo, bardzo Cię kocham”.

Pan Jezus poprosił Vana o modlitwę i ofiary w intencji nawrócenia jego ojca. Nawrócenie to rzeczywiście nastąpiło. Później Marcel otrzymał także wiele próśb o modlitwę za zlaicyzowaną Francję, szczególnie za jej kapłanów i młodzież.

Pan Jezus tłumaczył Vanowi, że nie bez przyczyny uczynił go młodszym bratem św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Chciał, aby mały wietnamski brat Teresy modlił się za europejski kraj, który przeżywał trudne czasy odejścia od wiary. Do Vana skierował słowa:

„Słowa, które do ciebie kieruję, są zrozumiałe jedynie dla dusz ubogich i pokornych, i tylko słowa dziecięce, płynące z serca rozpalonego miłością, są w stanie Mnie poruszyć. Tak, Van, jesteś pierwszym maleńkim kwiatem Wietnamu. Jesteś bardzo słaby. Nigdy dotąd nie widziałem duszy tak słabej, ale nie przejmuj się tym. Kochaj tylko, a Ja zajmę się resztą”.

Te słowa streszczają małą drogę: „Kochaj tylko, a Ja zajmę się resztą”. Nie jest to wezwanie do bezczynności. Van modlił się, pracował, składał ofiary i przyjmował cierpienia. Wiedział jednak, że owoc nie zależy przede wszystkim od jego siły, lecz od działania Boga.

W lipcu 1954 roku północny Wietnam dostał się w ręce komunistów. Van zdecydował się wrócić w rodzinne strony. Był gotowy na wszystko, także na ofiarę męczeństwa. Dwudziestosześcioletni brat Marcel otrzymał zgodę przełożonych na powrót do Hanoi. Wiedzieli, że jego wiara jest na tyle mocna, iż będzie umiał dać świadectwo nawet w najbardziej tragicznych okolicznościach.

7 maja 1955 roku został zatrzymany przez bezpiekę i osadzony w areszcie. Skazano go na piętnaście lat gułagu i przewieziono do obozu nr 1 w Mo-Chen. Przebywało tam około stu katolików, lecz nie było żadnego kapłana. Wieść, że do obozu przybył brat zakonny, rozniosła się bardzo szybko.

Marcel pełnił wśród więźniów posługę cierpliwego słuchania i podnoszenia na duchu. Stał się kimś w rodzaju obozowego kapelana bez święceń kapłańskich. Pisał:

„Wszyscy zaczęli przychodzić do mnie, myśląc, że jestem człowiekiem, który nie odczuwa lęku ani zmęczenia. Widzą, że jestem równie słaby jak oni, ale gdzież mają iść szukać pocieszenia w tych warunkach? Bóg sam dał mi poznać, że spełniam w ten sposób Jego wolę. Od chwili aresztowania wielokrotnie prosiłem Boga o łaskę śmierci, lecz On wciąż daje mi do zrozumienia, że jeszcze wiele dusz mnie tu potrzebuje”.

Widzimy tu dojrzały owoc dziecięctwa duchowego. Van nie udawał mocnego. Wiedział, że jest równie słaby jak inni. Jego siłą nie była odporność psychiczna, lecz świadomość, że Bóg może posłużyć się nawet bardzo słabym narzędziem, aby pocieszać innych.

W sierpniu 1957 roku przeniesiono go do obozu nr 2. Po próbie ucieczki zakuto go na trzy miesiące w żelazne łańcuchy, nieludzko bito i torturowano, a następnie wtrącono do ciemnej i wilgotnej celi. Po dwóch latach, wyniszczony gruźlicą i chorobą beri-beri, zmarł 10 lipca 1959 roku na rękach kapłana, który zdążył udzielić mu ostatnich sakramentów.

Kiedyś Van napisał do ambitnego młodzieńca, zbyt przewrażliwionego na własnym punkcie:

„Zniechęcenie jest jakby dotknięciem brudną ręką twarzy samego Boga. Oznacza, że uznajemy, iż już nic więcej nie może On dla nas uczynić. Wszelkie niepokoje, które budzą się w naszej duszy, są wołaniem Boga, który przypomina nam o konieczności modlitwy i szczerego zaufania. Wszystko sprowadza się do dwóch słów: zaufanie i miłość. Stosuj je w życiu, a zawsze będziesz żył w pokoju serca”.

Pokora – fundament małej drogi

Na przykładzie sługi Bożego Marcela Vana widzimy wyraźnie, że mała droga opiera się na pokorze. Grzech pierworodny sam w sobie jest aktem pychy i buntu. Jego wewnętrzną logikę wyrażają słowa węża: „Będziecie jako Bóg”. Człowiek chce sam siebie uświęcić, sam decydować o dobru i złu, sam być dla siebie bogiem.

Całe współczesne życie i społeczeństwo w dużej mierze zmierza w tym kierunku. Człowiek dąży do nieśmiertelności, wiecznej młodości, nieustannej rozkoszy, pełnej kontroli nad sobą i światem. Chce usunąć każdą granicę, zależność i słabość. A jednak wszystko to nie czyni go szczęśliwym. To jest dramat człowieka: im bardziej próbuje być samowystarczalnym bogiem, tym bardziej doświadcza pustki.

Dla św. Teresy i Marcela Vana być pokornym i małym znaczy uznać własną nicość, wszystkiego oczekiwać od Boga, nie przypisywać sobie cnót oraz nie sądzić, że samemu jest się zdolnym uczynić cokolwiek prowadzącego do świętości. Taka postawa jest całkowicie obca naturalnym skłonnościom człowieka. Człowiek chce się pokazać, udowodnić, że potrafi, że jest lepszy i że panuje nad sytuacją.

Maska wyjątkowości

Wielka część naszego życia bywa podporządkowana chęci pokazania innym, kim to rzekomo jesteśmy. Szczególnie wyraźnie widać to w internecie, gdzie łatwo schować się za maską wyjątkowości. Pokazujemy wybrane fragmenty życia, sukcesy, pobożne praktyki, piękne miejsca i właściwe poglądy. Za tą fasadą często kryje się słabość, ale brakuje nam odwagi, aby przyznać: jestem słaby, jestem grzesznikiem, potrzebuję Boga.

Nasza wartość nie polega na tym, jak oceniają nas ludzie. Każdy lubi być chwalony. Każdy jest w pewnym stopniu łasy na pochlebstwa. Nikt naturalnie nie pragnie upokorzeń, choć niektórzy dzięki łasce potrafią je przyjąć. Problem zaczyna się wtedy, gdy całe poczucie własnej wartości opieramy na opinii innych. Robimy wokół siebie dużo szumu, pokazujemy, jacy jesteśmy gorliwi i pobożni, aby zyskać uznanie.

Nawet dobre i święte rzeczy mogą zostać wykorzystane przez pychę. Można chodzić na Mszę tradycyjną dlatego, że stało się to modne w określonym środowisku albo że daje poczucie wejścia na „wyższy poziom”. Jest to bardzo subtelna pułapka. Samo uczestniczenie w tradycyjnej Mszy Świętej jest czymś zbawiennym, ważnym i koniecznym dla życia tych, którzy odnaleźli w niej skarb katolickiej liturgii. Jednak szatan próbuje wśliznąć się wszędzie, również w rzeczy najlepsze.

Ludzie czasami wykonują dobre czyny przede wszystkim po to, aby inni je zauważyli. Wtedy – zgodnie ze słowami Ewangelii – otrzymują już swoją zapłatę od ludzi. Sam fakt, że ktoś mnie chwali, nie jest jeszcze grzechem. Fałsz zaczyna się wtedy, gdy uczestniczę w Mszy trydenckiej po to, aby czuć się wyższym, a nie po to, aby zbliżyć się do Boga. Jeżeli patrzę na innych z pogardą i myślę, że są „plebsem” lub biedakami dlatego, że chodzą na nową formę liturgii, Novus Ordo, moja postawa jest fałszywa i pyszna.

Wszystkie maski, jakie zakładamy, są dla Boga niczym, ponieważ On patrzy na serce. Prawda o sercu nie zawsze jest przyjemna. Gdy pozwolimy światłu Bożemu wejść głębiej, znajdziemy rzeczy, które nie są piękne. Dlatego boimy się prawdy.

Człowiek, który nie chce patrzeć głębiej, łatwo jest zadowolony z siebie. Mówi: „Nikogo nie zabiłem, niczego nie ukradłem, jestem dobrym człowiekiem”. To karykatura rachunku sumienia. Taki człowiek ślizga się po powierzchni i pozostaje z dala od światła, aby zbyt wiele ciemnych kątów nie zostało oświeconych. Prawdy się boimy, ponieważ pokazuje, że jesteśmy mali.

Ukochać własną małość

Dziecko pod sercem matki nie może przeżyć bez niej. Niemowlę pozostawione samo sobie nie przeżyje. Taka jest również nasza duchowa kondycja: nie przeżyjemy bez Ojca. Im głębiej uświadamiamy sobie, że jesteśmy mali, tym bardziej otwieramy się na Bożą miłość. W rodzinie największą czułość budzi często właśnie małość i słabość dziecka. Jego bezradność ściąga miłość rodziców w obfitości.

Św. Teresa i Marcel Van nie tylko zgadzali się na własną kondycję. Poszli dalej: odnaleźli w niej radość i ukochali swoją słabość. Nie dlatego, że słabość sama w sobie jest dobrem, lecz dlatego, że staje się miejscem działania Boga. Skoro nie jesteśmy tak wspaniali, jak nam się wydawało, nie musimy już nieustannie kręcić się wokół siebie.

Człowiek, który widzi własną słabość, chce podążać za kimś większym. Tak powstawały zakony i wielkie dzieła duchowe. Ludzie szli za założycielem, myśląc: nie mam tego, co on, ale pójdę za nim, aby uczyć się być jak on. Warto podążać za świętym, ponieważ miłość upodabnia.

Teresa i Marcel byli konsekwentni w tym, że nie mieli pretensji ani ducha roszczeniowego. Nie żyli przekonaniem, że coś im się należy. Kto idzie w prawdzie, wie, że wszystko jest darem. Gdy Teresa umierała, siostry martwiły się podobno, co napiszą o niej w nekrologu, ponieważ poza tym, że była sympatyczna, nie widziały w jej życiu niczego nadzwyczajnego. Jej świętość była w genialny sposób ukryta w codzienności.

Nie oznacza to, że Teresa bagatelizowała słabości i grzech, mówiąc: „Jakiego mnie, Panie Boże, stworzyłeś, takiego mnie masz”. Kierowała nią przede wszystkim miłość, a wiedziała, że zaprzeczeniem miłości jest grzech. Nie nauczała: mogę czynić wszystko, ponieważ Pan Bóg jest miłosierny i nic się nie stało. Absolutnie nie.

Św. Teresa walczyła natomiast z perfekcjonizmem, który jest szczególną mutacją pychy. Niektórzy chcą udowodnić sobie, innym ludziom i Panu Bogu, że są doskonali. Kiedy więc upadną nawet w małej rzeczy, przechodzą w przeciwną skrajność: poddają się, załamują ręce i rezygnują. Nie mogą znieść obrazu siebie jako słabego człowieka.

Postawa dziecięctwa prowadzi do czegoś zupełnie innego. Potknięcie staje się okazją do większej pokory. Św. Teresa radzi: rób, co możesz; podejmuj małe rzeczy; nie przestawaj się starać. Nasz mały wysiłek jest znakiem dobrej woli i otwiera duszę na to, aby Bóg dokonał reszty.

Dlatego nie wolno się zniechęcać. Nawet po kolejnym upadku trzeba ufać Bożej miłości i na nowo podejmować próbę nawrócenia. Zniechęcenie mówi: Bóg już niczego nie może ze mną zrobić. Dziecko mówi: upadłem, ale mój Ojciec jest większy niż moja słabość. Wstanę, wyciągnę ręce i pozwolę, aby mnie podniósł.

Cała mała droga streszcza się więc w dwóch słowach Marcela Vana: zaufanie i miłość. Pokora mówi prawdę o naszej małości. Zaufanie każe rzucić się w ramiona Ojca. Miłość pobudza, aby po każdym upadku zaczynać od nowa, czynić małe rzeczy dla Pana Jezusa i pozwalać Mu dokonać w nas tego, czego sami nie potrafimy. Tą drogą może iść każdy. Jest ona dla słabych, a więc jest dla nas wszystkich.

Relacja i galeria z IV pielgrzymki Wszystkie edycje